Siedem niesamowitych miejsc w Szkocji
- Katarzyna Stachowicz

- 4 godziny temu
- 12 minut(y) czytania
Jeśli nudzą Was klasyczne turystyczne kierunki, mam dla Was listę atrakcji nieszablonowych i fascynujących. Dotarcie do niektórych z nich wymaga pewnego wysiłku.
Trudny do zlokalizowania wąwóz nad krwistoczerwoną wodą, w którym łatwo złamać nogę. Stara kaplica skrywająca być może świętego Graala, udekorowana w tak ekscentryczny sposób, że w osobach podatnych odpala natychmiast najdziksze spiskowo-foliarskie fantazje. Stalowe końskie głowy dorównujące wysokością dziesięciopiętrowym blokom. Mini-Koloseum zbudowane w promowym porcie na końcu świata. Zrekonstruowany w XX wieku zamek, w którym urodził się Nieśmiertelny. Malowniczy wygwizdów z wielkimi koloniami morskich ptaków. To tylko niektóre z nietypowych szkockich atrakcji, o których piszę poniżej.

Wszystkie te miejsca mają jedną cechę wspólną: znajdują się po drodze do popularniejszych i bardziej słynnych szkockich lokalizacji. Jeśli zamierzacie przemieszczać się po Szkocji samochodem, warto przewidzieć je w planach podróży. Na pewno tego nie pożałujecie.

Na mapie powyżej znajdują się wszystkie lokalizacje, o których piszę w tym poście: 1. Oban, 2. Zamek Eilean Donan, 3. Kaplica Rosslyn, 4. Wąwóz Corrieshalloch i wodospady Measach, 4. Devil's Pulpit, 6. The Kelpies, Falkirk, 7. St Abbs.

Brama do wysp, czyli miasto Oban
Wybieracie się promem na wyspę Mull, Skye lub Oronsay? Będziecie na niego wsiadać w porcie w Oban. Przy tej okazji namawiam Was gorąco do spędzenia jednego dnia w tym niezwykłym mieście. Znajdziecie tu czarujące hoteliki z widokiem na morze, zielone wzgórza, na których pasą się owce oraz budowlę na wzgórzu przypominającą rzymskie Koloseum.
O wyprawie na szkockie Hebrydy, którą zaczęliśmy właśnie w Oban, napisałam tutaj ↓↓↓

Widoczna z oddali górująca nad miastem okrągła struktura to Wieża McCaiga. Nosi nazwisko Johna Stuarta McCaiga – bankiera, któremu dane było zbić majątek w North Bank of Scotland i który w wieku 72 lat postanowił zbudować w najwyższym punkcie miasta gmach wzorowany na rzymskim Koloseum.
Planował go chyba jako mauzoleum - nad wejściem miał być umieszczony napis „wzniesiony w 1900 roku przez Johna Stuarta McCaiga, krytyka sztuki, autora filozoficznych esejów i bankiera z Oban”. Ciekawe, skądinąd, którą ze swoich życiowych ról pan McCaig cenił najbardziej?

John Stuart McCaig nie doczekał ukończenia budowli. Po części dlatego, że był również filantropem. A mianowicie, budowa wieży miała dawać zajęcie robotnikom pozbawionym możliwości zarobkowania w sezonie zimowym. Ponieważ wieżę wznoszono głównie zimą, w niesprzyjających warunkach, budowa się przeciągała. Prace trwały do śmierci fundatora w 1902 roku, a budowla - która miała być może być przykryta dachem – nie została nigdy zakończona.
Dzisiaj Wieża McCaiga jest atrakcją turystyczną: arkadowa struktura stoi w bujnym ogrodzie, a ze wzgórza jest fantastyczny widok na wyspy Mull, Kerrera i Lismore.

Dom McLeodów, czyli Eilean Donan
Sytuacja jest następująca. Mężczyźni z klanu McLeodów opuszczają rodzinną siedzibę by stoczyć walkę z wrogim klanem. Podczas potyczki Connor McLeod zostanie przebity mieczem przez jeźdźca w czerni i odkryje, że jest nieśmiertelny. A dlaczego o tym piszę akurat tutaj? Ano dlatego, że McLeodowie ruszali na bitwę właśnie z zamku Eilean Donan. Zresztą zobaczcie sami ↓↓↓
Zamek Eilean Donan zawdzięcza nazwę najprawdopodobniej irlandzkiemu biskupowi Donanowi, który przyjechał do Szkocji pod koniec VI wieku i stworzył w regionie niewielką religijną społeczność. Po czasach biskupa została jednak tylko nazwa. Prawdziwą twierdzę zbudowano w tym miejscu na początku XIII wieku. Miała ona bronić okoliczne ziemie przed Wikingami, którzy najeżdżali północną Szkocję między IX a XIII stuleciem. Ale to, co obejrzycie dzisiaj, ma się nijak do wersji pierwotnej.

Na przestrzeni wieków zamek zachowywał się jak Alicja z Krainy Czarów po konsumpcji kolejnych ciasteczek i płynów: na przemian kurczył się i wzrastał.
Najbardziej imponujące rozmiary twierdza miała prawdopodobnie w średniowieczu: wieże i mury obronne zajmowały prawie całą wyspę. W XIV wieku zamek zredukowano do jednej piątej, być może dlatego, by ograniczyć ilość osób niezbędnych do bronienia twierdzy. Największy kryzys nastąpił w XVIII wieku. Na zamku stacjonowało wtedy 46 hiszpańskich żołnierzy. Wspierali oni Jakobitów, zbuntowanych przeciwko angielskiemu panowaniu w Szkocji. I pilnowali magazynu prochu strzelniczego, czekając na dostawę dział z Hiszpanii. Tępiący powstanie Anglicy wysłali trzy fregaty do zbombardowania Eilean Donan. Nie udało im się przebić, bo mury miały miejscami ponad cztery metry grubości. Po pewnym czasie Hiszpanie zmuszeni jednak zostali do poddania twierdzy. Angielscy zdobywcy odkryli w magazynach 343 beczki prochu. Użyli ich do wysadzenia tych części budynku, które oparły się bombardowaniom. Przez kolejnych dwieście lat zamek miał postać kupy gruzu.

W 1911 roku pułkownik John Macrae-Gilstrap kupił ruiny, a następnie poświęcił dwadzieścia lat by zamek odbudować. Udało mu się. Zamek został jedną z najpopularniejszych szkockich atrakcji. Oraz malowniczym planem zdjęciowym do reklam, teledysków i filmów.
Warto się w Eilean Donan zatrzymać, chociażby na krótką przerwę w podróży. Możecie tu zjeść całkiem niezły posiłek, z niezrównanym widokiem na most, po którym maszerowali kiedyś filmowi wojownicy z klanu MacLeod.
Zamek Eilean Donan leży przy miejscowości Dornie, na szlaku prowadzącym na wyspę Skye (do której można się dostać drogą lądową, wybierając trasę A87 i Skye Bridge łączący Kyle of Lochalsh na wybrzeży Szkocji w wyspą Skye).

Kaplica tajemnic, czyli Stara Rosslyn
Wiejska kaplica położona kilkanaście kilometrów od Edynburga była miejscem znanym tylko wtajemniczonym - na przykład osobom pasjonującym się historią zakonu templariuszy. Była też w tak podłym stanie, że rozważano wzmocnienie jej ścian cementowymi wylewkami.
Całe szczęście zatem, że zainteresował się nią Dan Brown. Pisarz umieścił w kaplicy jedną z kluczowych scen kończących Kod Leonarda da Vici. No i dalej już było z górki: od premiery książki w 2003 roku kaplica przeżywa turystyczny najazd.

Kaplicę ufundował William St Clair, potomek Wikingów, baron Rosslyn. Zafascynowany francuskimi gotyckimi katedrami zapragnął postawić coś podobnego u siebie. Sprowadził zatem z Francji mistrzów biegłych w budowaniu gotyckich świątyń. Efekt jego starań można ocenić i dzisiaj - kaplica zachowała się w doskonałym stanie, bo do jej budowy używano wyłącznie kamienia. Podczas Reformacji została jednak mocno zaniedbana. W 1650 roku Oliver Cromwell urządził w niej stajnię. Kryzys trwał 12 lat, potem kaplicę znowu konsekrowano i zaczęto odprawiać w niej msze. Rosslyn jest czynną świątynią do dzisiaj, dlatego sprawdzajcie pory otwarcia dla zwiedzających.

Lokalne legendy mówią o tym, że rodzina St Clairów opiekowała się zbiegłymi do Szkocji templariuszami z Francji. Uciekający przed prześladowaniami zakonnicy mieli przechowywać skarby zabrane ze świątyni Salomona.
Nie wiadomo czy chodziło o świętego Graala, czy o ciało Jezusa, ale strzeżone przez nich skarby były ponoć niezwykle cenne. W Szkocji templariusze cieszyli się swobodą: mogli się tu osiedlać i kupować ziemie. Ziemie należące do templariuszy znajdowały się na przykład kilkanaście kilometrów od kaplicy Rosslyn. Stąd zapewne wziął się pomysł, że templariusze schowali coś w obrębie kościoła.

Rosslyn nazywana jest kaplicą kodów. Na jej bogato zdobionych ścianach zapisanych jest ponoć wiele tajemnic.
• Najbardziej szalona teoria mówi o tym, że Rosslyn jest portalem do światów pozaziemskich. Nie udało mi się jednak znaleźć informacji, na czym by to miało konkretnie polegać.
• Wśród wielu zdobień - stworów, postaci, motywów roślinnych i geometrycznych - zwolennicy sensacji dopatrują się znaków masońskich i symboli templariuszy.
• Na obramowaniu okna kaplicy są ornamenty przypominające kolby kukurydzy. Zostały wyrzeźbione zanim odkryto Amerykę, więc kukurydza nie była jeszcze znana w Europie. W kaplicy można się też dopatrzyć kaktusów, możecie też poszukać liści aloesu, stokrotek i róż (które nie budzą jednakowoż takiej ekscytacji, jak kukurydza).

• Jeśli masz młotek, to wszystkie problemy wyglądają jak gwoździe, mawiał Abraham Maslow. Co zatem w tajemniczym kościele mogli znaleźć muzyk i specjalista od szyfrów? Dobrze się domyślacie: zaszyfrowane nuty. Muzyk i kompozytor Stuart Mitchell oraz jego ojciec Thomas, były szyfrant RAF-u spędzili na badaniu kaplicy 27 lat. Skupili się na studiowaniu ornamentów na kamiennych kostkach podtrzymujących sklepienie świątyni.
Najwięcej dał Mitchellom do myślenia fakt, że 12 wzorów powtarza się w nieregularny sposób na 213 kostkach, a u podstawy każdego z łuków z kostkami umieszczono anioła grającego na instrumencie. Mitchellowie wpadli więc na pomysł, że ornamenty mogą być zapisem muzycznym.
Rozety i okręgi zdobiące kamienne kostki przypomniały im natomiast figury Chladniego - wzory powstające na wibrującej pod wpływem fali dźwiękowej płaskiej powierzchni, kiedy rozsypie się na niej piasek. Prace nad odczytywaniem zaszyfrowanych w detalach architektury nut były żmudne, ale kod ułożył się w końcu w sześciominutową melodię rozpisaną na trzynastu muzyków. Stuart Mitchell rozwinął ją i skomponował dłuższy utwór muzyczny, Rosslyn Motet. Możecie go posłuchać tutaj ↓↓↓
• Zwiedzając kaplicę zwróćcie uwagę na dwie kolumny, zwane Kolumną Mistrza i Kolumną Ucznia (Master’s lub Mason’s Pillar oraz Apprentice Pillar). Kolumna Mistrza jest prosta, Kolumna Ucznia - znacznie bardziej wyrafinowana. Wiąże się z nimi legenda o niezdrowym współzawodnictwie i zawodowej zawiści (podobne opowieści znamy też z innych miejsc – na przykład z kościoła Mariackiego). Mistrz budujący Rosslyn wyjechał ponoć do Rzymu w poszukiwaniu inspiracji. W tym czasie uczeń pracował dalej, rzeźbiąc kolumnę piękniejszą od dzieł mistrza. Mistrz po powrocie miał wpaść w furię i zabić ucznia. Czy to prawda? Nie wiadomo. W kaplicy można natomiast odnaleźć rzeźbę przedstawiającą człowieka z raną na czole. W historycznych księgach są też ponoć zapisy, że budowa kaplicy została na jakiś czas wstrzymana z powodu czyjejś gwałtownej śmierci.

Rosslyn Chapel Visitor Centre, Chapel Loan, Roslin, EH25 9PU. Otwarta codziennie, w godzinach 9-17 (od poniedziałku do soboty), 12-17 (niedziele). Bilety w cenie 12 funtów (dorośli) oraz 10 funtów (młodzież poniżej 17 roku życia).
Do Rosslyn najlepiej wyskoczyć z Edynburga. O którym więcej znajdziecie tutaj ↓↓↓

Dla tych, co lubią dużo wody: wąwóz Corrieshalloch
Wyrzeźbiony przez lodowiec głęboki wąwóz znajduje się przy trasie z Ullapool do Inverness. I naprawdę warto tu się zatrzymać choć na godzinkę, bo mniej więcej tyle czasu zabierze Wam przejście wyznaczoną dla zwiedzających ścieżką. Spacer przez bujny las prowadzi do wodospadów i zabytkowego wiszącego mostu nad rzeką Droma. Trasa jest łatwa, przyjemna i niedługa, wyłożona drewnianymi panelami.

My zwiedzaliśmy to miejsce w wyjątkowo niesprzyjających warunkach - przestało lać tylko na kilka minut. Był to jeden z dwóch razy w Szkocji, kiedy zmokliśmy tak strasznie, że trzeba było zmieniać całość ubrania, łącznie z bielizną. Ale i tak było pięknie.
Corrieshalloch Gorge National Nature Reserve, Braemore Garve, IV23 2PJ. otwarte codziennie, od 9.30 do 16. Wchodzicie za darmo, trzeba natomiast zapłacić 5 funtów za parking.

Diabeł był na liście prelegentów, czyli Devil’s Pulpit
Zacznę od ostrzeżenia: to jest atrakcja dla najbardziej wytrwałych. Po pierwsze dlatego, że piekielny wąwóz jest piekielnie trudno znaleźć. Miejsce nie jest w żaden sposób oznaczone. Jeśli nie spotkacie życzliwej duszy, która powie Wam, jak iść, będziecie więc skazani na błądzenie po krzakach. Żeby trafić na właściwą trasę musieliśmy na przykład przejść przez dziurę w płocie. Po drugie, zaparkowanie w okolicy graniczy z cudem. Jest tu bardzo mało miejsc, w których można zostawić samochód. Prawie wszędzie zauważycie podwójną żółtą linię wymalowaną wzdłuż jezdni, co oznacza, że za parkowanie będzie mandat. U zbiegu dróg B834 i A809 był niegdyś niewielki parking, ale wiele wskazuje na to, że został zarezerwowany dla pojazdów specjalnego przeznaczenia (karetki, policja itp.) więc szukajcie miejsc gdzie indziej. Po trzecie, przy niesprzyjającej pogodzie trasa staje się bardzo niebezpieczna. I to nie jest żart. Ponieważ na śliskich ścieżkach i stromych nierównych schodach łatwo o wypadek, serdecznie Wam odradzam tę wyprawę podczas oraz po deszczu. Nie wybierajcie się też do Devil’s Pulpit bez porządnego turystycznego obuwia.
Jak tam trafić? Dosyć dobrze jest to wytłumaczone tutaj ↓↓↓

Miejscowość Killearn, przy której znajduje się wąwóz z formacją skalną nazwaną Devil’s Pulpit, położona jest pół godziny jazdy samochodem na północny zachód od Glasgow lub godzinę i dwadzieścia minut na zachód od Edynburga.
Wąwóz Finnich Glen wygląda, jakby płynęła w nim krew. To złudzenie optyczne - woda jest bezbarwna, przejrzysta i lodowata. Czerwonawe skały na dnie strumienia nadają jej ten dziwny kolor. W głębi wąwozu znajdziecie Kazalnicę Diabła, czyli porośnięty mchem grzybokształtny kamulec, skąd diabeł przemawiał ponoć do swoich wyznawców, podczas gdy czerwona woda omywała mu stopy (czy raczej kopyta). Lokalne opowieści mówią też od druidach, którzy w tym miejscu odprawiali tajemnicze obrzędy. Dzisiaj tajemnicze obrzędy odprawiają tu ludzie, którzy próbują przejść do Kazalnicy bez kaloszy. Diabelski Kamulec wymaga bowiem przejścia przez strumień, który jest bardzo zimny nawet w środku lata.

Ścieżka prowadząca do wąwozu jest wąska i zarośnięta. Jego dno znajduje się dwadzieścia metrów poniżej poziomu ścieżki. Schodki prowadzące w dół do wąwozu są strome, wąskie, częściowo połamane.
Zbudowano je w 1860 roku i bardzo możliwe, że od tamtego czasu nikt ich nie naprawiał. Zejście nimi wymaga w paru miejscach podparcia się rękami - musicie założyć, że podczas zwiedzania trochę się pobrudzicie. Uwaga: przy wilgotnej pogodzie schody stają się bardzo śliskie. Jeśli prognoza jest kiepska, raczej zrezygnujcie, bo wyprawa może okazać się niebezpieczna.
The Devil’s Pulpit, Finnich Glen, A809 & B834, Glasgow, G63 9QJ

Największe konie świata, czyli Kelpies
Jeśli podróżując po Szkocji spotkacie konia o łagodnym wyglądzie, stojącego w strumieniu, to nie nawiązujcie z nim kontaktu i pod żadnym pozorem na niego nie wsiadajcie. Może to być bowiem kelpie. Czyli złośliwa wodna kreatura, wciągająca jeźdźców w rzeczne głębiny. Dodać przy tym należy z naukowego obowiązku, że kelpie jest słodkowodny. Nad morzem napadnie Was zatem coś innego.

Kelpies z parku The Helix, na obrzeżach miejscowości Falkirk są z natury łagodne - mimo, że to największe konie na świecie. Inspiracją dla rzeźbiarza Andy’ego Scotta były nie tylko stwory ze szkockich legend, ale także ciężko pracujące konie pociągowe.
W XVIII i XIX wieku kanały wykorzystywane były do transportu towarów. A pływające po nich barki wypełnione rozmaitymi dobrami napędzane były mocą koni - nie mechanicznych jednak, leczy tych z odpornej i silnej rasy Clydesdales. Nic dziwnego, że dzielne konie doczekały się pomnika.

• Każda z końskich głów ma 30 metrów wysokości. Gdyby postawić obok blok mieszkalny, sięgałaby do dziesiątego piętra.
• Każda z głów waży 300 ton. Pod każdą z nich położono fundamenty ze zbrojonego betonu ważące 1200 ton. Domyślam się, że wojnę atomową przetrwają karaluchy, niesporczaki i końskie głowy z Falkirk.
• Koński łeb zbudowany jest z plus-minus 900 stalowych lamelek.
• Zbudowanie tego ekscentrycznego pomnika zabrało zaledwie trzy miesiące. Na pociechę dodam, że planowanie go trwało lata.
The Helix, Falkirk, FK2 7ZT. Otwarte codziennie, przez całą dobę.

Piękne urwisko, czyli St Abbs
O niewielkiej wiosce położonej 80 km na wschód od Edynburga wiedzieli na początku głównie wielbiciele homarów i nurkowania, bo woda w okolicy stromych klifów jest ponoć wyjątkowo przejrzysta. Potem zaczęli się tu kręcić amatorzy pięknych widoków. Ostatnio St Abbs posłużyło za piękne dekoracje do filmu Avengers: Endgame oraz teledysku Harry’ego Stylesa. Tego tutaj ↓↓↓

Pieszy szlak w St Abbs jest łatwy i niezwykle malowniczy. Całość trasy do zrobienia to około sześć kilometrów.
Do wyboru są dwie trasy: pętla Lighthouse Loop prowadzi wzdłuż klifów do latarni morskiej, przez punkt obserwacji ptaków na Black Gable. Trasa krótsza to Loch Loop, wokół sztucznego zbiornika Mire Loch, wokół którego gnieżdżą się ptaki. Ja polecam raczej trasę dłuższą, prowadzącą wzdłuż wybrzeża.

St Abbs jest świetnym miejscem, jeśli lubicie obserwować ptaki. Między majem a lipcem tysiące alk, mew i głuptaków wychowują tu młode. Na wiosnę można tu ponoć wypatrzyć maskonury, ale jest ich niewiele.

Latarnia morska pochodzi z XIX wieku, nadal działa, ale dzisiaj jest całkowicie zautomatyzowana. Nie da się wejść do środka, by ją obejrzeć.
Pieszą trasę prowadzącą wzdłuż klifów znajdziecie w aplikacji AllTrails ↓↓↓

Trochę lingwistyki na deser
Każdy, kto oglądał krajobrazy Szkocji nie będzie się dziwić, że język gaelicki ma dziesiątki określeń na górę lub wzgórze. Na przykład meall (łagodny kamienny pagórek) cnoc (niewielki wzgórek), sgùrr (większe i raczej strome wzgórze), stob (stromy szczyt), i można wymieniać dalej. Gaelickie określenia rzeźby terenu znajdziecie też w nazwach miejsc, miasteczek i miejscowości. Wiedząc, co oznaczają, bedziecie mieli pewne pojęcie o tym, jakiego krajobrazu się spodziewać. Zamieszczam tu więc mini-słowniczek.
Loch - jezioro lub morski zalew
Ben/Beinn - góra, szczyt, niezależnie od wysokości. Ben Nevis ma 1342 m, Ben Venue tylko 729.
Munro - góra wyższa niż 914 m (w lokalnych miarach to 3000 stóp), wpisana na listę Scottish Mountaneering Club. Nazwa pochodzi od Sir Hugh Munro, który katalogował górskie szczyty w 1891 roku. Oficjalnie w Szkocji jest obecnie 282 munros.
Brae - zbocze góry
Glen - długa i głęboka polodowcowa dolina, często o dość stromych zboczach




Komentarze