• Katarzyna Stachowicz

Serce z kamienia

Najpiękniejsze chmury, najbarwniejsze foodtrucki, najbardziej malowniczo położona galeria sztuki nowoczesnej. W Oslo jest też najdziwniejszy park, w jakim kiedykolwiek byłam.


Park Vigelanda właściwie nie istnieje. Tak mawia w wywiadach Lars Roede z zarządu Oslo Museum. Ma jednak na myśli tylko to, że ogrodzony teren w zachodniej części miasta lokalni nazywają Frogner Park. Dla przyjezdnych to jednak mimo wszystko Park Vigelanda, bo przychodzą do niego nie po to, by oglądać ukwiecone klomby i zielone alejki, lecz szeregi niepokojących posągów autorstwa norweskiego rzeźbiarza Gustava Vigelanda. Z turystycznych statystyk wynika też, że park bije na głowę fiordy, zorze i renifery, jako najpopularniejsza atrakcja Norwegii. W czasach przedcovidowych gościł nawet i dwa miliony turystów rocznie. Na mnie największe wrażenie robi fakt, że prawie wszystko, co jest w tym parku (i nie jest częścią zieleni, rzecz jasna) zostało wymyślone i zaprojektowane przez jednego człowieka.


Monolit, zdj. Sharon Ang/Pixabay

Adolf Gustav Thorsen miał pracować w drewnie jak jego ojciec-stolarz. W tym celu rodzina wysłała go do stolicy na naukę rzeźbiarstwa. W międzyczasie ojciec zainwestował majątek w statek handlowy. Inwestycja okazała się chybiona, bo statek zatonął, pogrążając jednocześnie rodzinne finanse. Przedsiębiorczy ojciec otworzył więc na parterze domu pub. Najwyraźniej sam korzystał jednak z niego zbyt często i rodzina się rozpadła.


Po śmierci ojca Gustav zarzucił naukę, żeby pomóc matce i braciom. Jako dziewiętnastolatek wrócił do Oslo, przekonany, że chce zostać rzeźbiarzem. I zmienił nazwisko na Vigeland, od nazwy miejscowości, w której mieszkali jego dziadkowie. Kształcenie się w połowie lat 80-tych XIX wieku w Oslo w kierunku artystycznym przypominało trochę pobieranie nauk w renesansowej Florencji. Dlaczego? Akademia Sztuk Pięknych jeszcze nie istniała (stworzono ją w 1909 roku), więc młody adept rzeźbiarstwa mógł się tylko uczyć od starszych mistrzów.



Vigeland był zdolnym uczniem, a wsparcie, jakie dostawał, pozwoliło mu podróżować. Pięć kolejnych lat (1891-1896) spędził na wyjazdach do Kopenhagi, Paryża, Reims, Rzymu i Florencji. We Włoszech studiował klasyczne rzeźby. W Paryżu bywał w studio Auguste’a Rodina, choć samego mistrza nigdy nie spotkał. Wiemy jednak, że oglądał na pewno dwa dzieła Francuza: Bramę piekieł i Mieszczan z Calais. Echa tych rzeźb można zresztą odnaleźć w pracach Vigelanda.


W Berlinie chyba nieźle się bawił. Wraz z Edwardem Munchem dołączył do artystycznej bohemy, a jego ponurą twórczością zachwycił się Stanisław Przybyszewski. Widział w Vigelandzie wzorcowego wręcz outsidera, buntownika, satanistę - czyli postać bardzo w guście młodopolskiej cyganerii. W 1899 roku Przybyszewski zamieścił zdjęcia reliefu Vigelanda Piekło w jednym z numerów artystycznego pisma Życie. Nagi szatan w centrum reliefu wywołał obyczajowy skandal, periodyk ocenzurowano, a Życie pociągnęło jeszcze tylko przez rok, bo również i inne numery periodyku regularnie cenzurowano i konfiskowano. Przybyszewski poświęcił też Vigelandowi esej zamieszczony w zbiorze „Na drogach duszy” (1902).

I to chyba wszystkie związki Vigelanda z Polską. Poza tym, że jedyną rzeźbę norweskiego artysty wystawia w naszym kraju krakowskie Muzeum Narodowe (Pocałunek z 1897 roku).

„Dla mnie uczucie jest jedynym [co się liczy]. Wszystko inne to zamęt.” (G. Vigeland)

W Norwegii Vigeland szybko zyskał uznanie. Krytykom i amatorom sztuki podobała się jego ekspresyjność i nowatorski styl. Trafił też na czasy sprzyjające artystom. W 1905 roku Norwegowie wyzwolili się bowiem spod dominacji Szwedów i z wielkim zapałem inwestowali w rodzimych twórców, by promować narodowe wartości. Miejsce nazywane od wieków Christiania powróciło do starej norweskiej nazwy Oslo. A Vigeland dostał zlecenia na popiersia słynnych Norwegów: Henrika Ibsena i matematyka Nielsa Henrika Abla.


Zdj. Krzysztof Pałys/Pixabay

Dzieło, które przyniosło mu największą sławę, zrodziło się ze sporu. W 1921 władze Oslo postanowiły w miejscu domu, w którym mieszkał Vigeland, zbudować bibliotekę. Po dłuższych kłótniach rzeźbiarz zawarł z władzami Oslo szczególny kontrakt.


Dostał do użytkowania budynek w okolicach Parku Frogner, w którym mógł mieszkać i pracować. Dom składał się z biblioteki, salonu, jadalni, dwóch sypialni i studia. Wyposażony był nawet w łazienkę z wanną i toaletą, co w ówczesnych czasach było dość rzadkim luksusem. W zamian artysta obiecał, że do miasta będą należały stworzone w tym miejscu dzieła: rzeźby, rysunki, płaskorzeźby, obiekty z kutego żelaza, a nawet projekty tkanin i dywanów, bo Vigeland był człowiekiem wielu talentów. Vigeland zastrzegł też sobie, że po jego śmierci studio zostanie przekształcone w muzeum, w którym będą przechowywane jego prochy. Umowa nie zapewniała mu co prawda żadnej pensji, ale miał prawo brać udział w konkursach i pracować na prywatne zlecenia. W 1924 roku władze miasta powierzyły Vigelandowi zagospodarowanie należącego do miasta nieużytku w okolicach Frogner Manor. Kolejne dwadzieścia lat artysta spędził zatem przygotowując wystawę swoich prac na wolnym powietrzu: możemy ją dzisiaj oglądać jako Instalację Vigelanda w Parku Frogner. Składa się na nią 212 rzeźb z brązu i granitu oraz skomponowany ze 121 ludzkich postaci Monolit. Vigeland pozostał blisko parku do dzisiaj: jego prochy przechowywane są w wieży dawnego studia, które zostało przerobione na muzeum artysty.


Brama do parku, zdj. Alexandra von Guttenbach-Lindau/Pixabay
Historia Vigelanda to dla mnie w dużej mierze opowieść o szczęśliwych zbiegach okoliczności, dotrzymywanych umowach oraz świecie, w którym panuje porządek.

Dzięki temu utalentowany artysta mógł po prostu robić swoje. Mimo to postać i dzieła tego akurat artysty budzą skrajne uczucia. Wystarczy zajrzeć do rozmaitych relacji z podroży do Oslo w Internecie. Przy Parku Vigelanda pojawiają się emocjonalne określenia: „totalitarny”, „nazistowski w stylu”, „głęboko humanistyczny”, „odpychający”, „epatujący nagością”, „poetycki”.

Vigeland w okupowanej Norwegii przyjmował hitlerowskich oficerów w swoim studio. Jego twórczość porównywano do prac Arno Brekera, członka NSDAP, który uwieczniał takich przyjemniaków jak Albert Speer czy Hitler i którego rzeźba „Prometeusz” została uznana za wzór aryjskiej czystości rasowej. Z drugiej strony, Vigeland zaprojektował Medal Pokojowej Nagrody Nobla. Znawcy sztuki widzą też w jego wczesnych pracach wpływ ekspresjonizmu Rodina, w pracach późniejszych - syntetycznego stylu Aristide’a Maillola.



Wchodząc do Parku Frogner nie myślałam jednak o Maillolu, ani nawet o Rodinie, tylko o tym, że to co widzę, budzi mój niepokój. Grubo ciosane postaci dominują nad parkowymi alejami do takiego stopnia, że park Vigelanda to dla mnie przede wszystkim kamień, a nie rośliny. Uderzyła mnie bijąca z niektórych rzeźb agresja, samotność, strach, smutek. Muszę też jednak przyznać, że Vigeland umiał też pięknie przedstawić czułość, miłość, opiekuńczość. Potrafił też subtelnie wydobyć piękno nie tylko ludzi młodych, ale także tych najstarszych.


„Gustav Vigeland urodził się w Norwegii. Jest to kraj jasnych, mistycznych nocy, kraj gór i morza, kraj dziwnej a królewskiej powagi, ciężkiej, przygniatającej melancholii: jest to najtragiczniejszy kraj w Europie”

Tak pisał Stanisław Przybyszewski w eseju Na drogach duszy. Myślę, że współcześni Norwegowie, a także rzesze ludzi chętnych do imigracji, raczej się z nim nie zgadzają.


Vigeland nie nadawał swoim dziełom tytułów. Żeby je jakoś skatalogować, stosował opisy. Patrząc na rzeźbę nie dostajemy więc żadnej sugestii ani podpowiedzi interpretacji.



Z wszystkich rzeźb w parku najbardziej ujęły mnie te przedstawiające ludzkie postacie ze smokiem/jaszczurem, umieszczone na wysokich kolumnach. Przeczytałam, że dla Vigelanda smok oznaczał z jednej strony grzech, z drugiej - niszczące człowieka siły natury. Rzeczywiście, smok na niektórych rzeźbach przybiera pozę wampira. Inne przedstawione postacie wydają się jednak w potwora wtulać, z zaufaniem - lub może tylko z rezygnacją?


Rozzłoszczony chłopiec, zdj. Monica Volpin/Pixabay

Nie lubię natomiast najbardziej znanej i obfotografowanej rzeźby z parku, przedstawiającej awanturującego się bachora (Sinnataggen). Może to trauma z wczesnego macierzyństwa? Choć wrzeszczących dzieci nie lubiłam nigdy, w żadnej formie, kamiennej i niemej również. Dosyć szokujący jest też dla mnie mężczyzna walczący z małymi dziećmi. Niektórzy widzą w tym alegorię ojcostwa, obciążeń i wyzwań jakie ono niesie. Dla mnie ładunek przemocy w tej rzeźbie jest trudny do przyjęcia.


Smutną historię ma najmłodsza rzeźba w parku: kobieca postać, której nadano nazwę Zaskoczona (Overrasket) . Viegland swój gipsowy model skończył w 1942 roku, a niedługo potem pozująca do niego austriacka uchodźczyni Ruth Maier została wywieziona do Oświęcimia.


Zaskoczona, zdj. Erik den yngre, https://creativecommons.org/license/by-sa/3.0/deed.en

Ponure wrażenie zrobiła na mnie także najważniejsza z całej instalacji, ponad czternastometrowa wieża wyrzeźbiona w jednym kawałku granitu. Pierwszy raz oglądałam ją w zimie i w zaśnieżonym martwym parku wydawała się wyjątkowo złowieszcza. Obelisk zbudowany z ludzkich ciał, z których moim zdaniem niektóre są w oczywisty sposób martwe, przywołuje koszmarne zdjęcia z obozów koncentracyjnych, masowych grobów i miejsc kaźni, choćbyśmy się nie wiem jak starali odrzucić najprostsze skojarzenia. Dopiero drugie spojrzenie na kolumnę pozwala spokojnie poszukać metaforycznych sensów.


Co autor miał na myśli? Piramidę następujących po sobie pokoleń, wieżę Babel, drogę postępu, marsz w stronę Boga, światłości lub życiodajnego słońca? Badacze sztuki doliczyli się na obelisku 121 ciał. Niektórzy z nich widzą w tej liczbie symboliczne nawiązanie do Psalmu 121, zwanego też „pieśnią stopni” lub „pieśnią wstępujących”, polecającego jerozolimskich pielgrzymów boskiej opiece. Sam Vigeland mówił, że jego monolit powiązany jest z obrazami Rubensa przedstawiającymi Sąd Ostateczny i zejście do piekieł. Rzeczywiście, patrząc chociażby na kompozycję obrazów Rubensa, trudno nie doszukać się pewnych analogii.


Peter Paul Rubens, Sąd Ostateczny i Upadek zbuntowanych aniołów, Alte Pinakothek Monachium, public domain via Wikimedia Commons

Przygotowania do prac nad Monolitem stanowiły same w sobie wydarzenie artystyczne. No bo wyobraźcie sobie, jaką sensację musiało wzbudzić w mieście na przykład przewiezienie do parku ogromnego kamiennego bloku, który ważył 266 ton. Ustawienie go w pionie zabrało dwa tygodnie! Potem mieszkańcy Oslo musieli się uzbroić w cierpliwość. Vigeland zrobił bowiem najpierw gliniany model, a potem należało odwzorować go w kamieniu. W 1929 roku zaczęło nad tym pracować trzech kamieniarzy, a ukończenie kolumny zajęło im trzynaście lat.



Dużo przyjemniejsze wrażenie niż kamienna kolumna robi rozległa fontanna z ludzkimi postaciami wtopionymi w drzewa. Gdybym miała dbać o chronologię, powinnam od niej zacząć, bo była ona pierwszym elementem całej ogromnej instalacji w Parku Frogner.

Fontanna; detal z postacią kobiecą; Friedrich Wilhelm Heine, Jesion Yggdrasil, public domain via Wikimedia Commons

W 1906 roku Vigeland przedstawił radzie miasta projekt fontanny, która miała zostać wzniesiona naprzeciw siedziby Parlamentu. Projektu nie zrealizowano, ale artysta nadal nad fontanną pracował, a konstrukcja złożona z ludzkich postaci splecionych z drzewami coraz bardziej się rozrastała. W latach 20-tych stanęła u podnóża Monolitu.


Centralny punkt fontanny stanowi grupa ludzkich postaci podtrzymujących misę, z której wylewa się woda. Ciekawiej jednak wypadają rzeźby umieszczone na obramowaniu fontanny: galeria ludzi w różnym wieku wkomponowanych w sylwetki drzew. Tu skojarzenia mam klasyczne, z nimfą Dafne zamienioną w drzewo, w ramach ucieczki przed awansami Apollina. Nie da się też patrząc na ludzi wplątanych w gałęzie, nie pomyśleć o filmie Awatar. Który być może odwoływał się również do koncepcji Drzewa Życia.

W nordyckiej mitologii gigantyczne drzewo Yggdrasil łączy ze sobą różne światy zamieszkane przez ludzi, zwierzęta, duchy i potwory.

Podlewane wodą z pradawnego źródła, podgryzane przez zwierzęta, Drzewo Życia stanowi centrum wszechświata, otoczone przez Dziewięć Światów, które łączą się z jego korzeniami i gałęziami, powiązane są też ze sobą nawzajem. Przetrwanie wszystkich światów zależy od Drzewa, odżywianego przez te światy. Skandynawowie najbardziej obawiali się tego, że drzewo zacznie się trząść - miał to być bowiem znak, że nadchodzi Ragnarok, ostateczny koniec. W epoce klimatycznej katastrofy metafora Drzewa Życia wydaje mi się szczególnie poruszająca.


Kobieta i mężczyzna, zdj. Bernd Hildebrandt/Pixabay; Kompozycja, zdj. Pinky56/Pixabay

Zespolone z drzewami postaci niemowląt, starców, młodzieńców, kobiet są dla mnie piękną ilustracją koncepcji człowieka jako części natury. Trudno też nie zauważyć pewnego optymizmu w rzeźbach Vigelanda - powtarza się w nich bowiem, metaforycznie lub dosłownie, motyw koła. Narodziny, dorastanie, starzenie się są etapami naturalnego obrotu rzeczy. Śmierć, niewątpliwie obecna w niektórych kompozycjach, jest nie tyle końcem, co elementem powtarzającego się cyklu.

Muszę jednak powiedzieć, że do pogodniejszych wniosków doszłam dopiero po głębszej analizie tego, co obejrzałam. Park Vigelanda byłby więc dość ponury, gdyby nie przebywający w nim ludzie. A latem jest ich sporo: przychodzą posiedzieć w przyjemnej kawiarni ze stolikami na świeżym powietrzu, niektórzy wiążą na rzeźbach kolorowe szaliki, a na kamienne postacie wspinają się dzieciaki.


Instalacja Vigelanda jest jednym z moich intensywniejszych wspomnień z Oslo. Widziałam też wcześniej i później wiele pięknych parków, ozdobionych smukłymi rzeźbami tak pięknymi, jakby zaprojektował je sam Jan Marcin Szancer. Nie umiałabym jednak powiedzieć, co te rzeźby dokładnie przedstawiały (może poza pomnikiem Lucyfera w madryckim parku Retiro), trudno mi też sobie przypomnieć, co gdzie oglądałam. Surowe ludzkie sylwetki Vigelanda mam ciągle przed oczami.


85 wyświetlenia1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Remedium

Gorzkie gody