• Katarzyna Stachowicz

Po godzinach

Zaktualizowano: 19 gru 2021

Co robić w Londynie w grudniowy wieczór? Moje pomysły nie nadają się pewnie do turystycznego przewodnika, ale gwarantuję, że będzie przyjemnie.


Regent Street

Pytanie brzmi jak z serii Co robić w Denver będąc martwym. Lub jak tytuł jednej z moich ulubionych francuskich piosenek: „Où trouver des fleurs un samedi soir après minuit”? (rzecz o tym, „gdzie znaleźć otwartą kwiaciarnię w sobotę po północy”, polecam!). Wieczór można rozpocząć wcześnie, bo już o czwartej jest bardzo ciemno. Ja jednak namawiam do spaceru w czasie, kiedy atrakcje przyciągające największe tłumy są już zamknięte. Wcześniej możemy zajrzeć do któregoś z oblężonych zwykle muzeów. Przed świętami bywają kojąco puste i ciche.


Bond Street Londyn Cartier
Fasada sklepu Cartiera, Bond Street

Z moich amatorskich socjologicznych obserwacji wynika, że lokalna ludność nie ma kłopotu z zagospodarowaniem sobie czasu. Popołudniami w ciągu tygodnia zajmuje się kompulsywnymi zakupami, w weekendy - kompulsywnym nadmiarowym spożyciem napojów wysokoprocentowych (lub niskoprocentowych, ale w takiej ilości, że wychodzi na to samo). Można też oblegać teatry z musicalami na West Endzie (jeśli lubi się np. sobowtóry Michaela Jacksona lub ludzi przebranych za zwierzęta) lub modową wystawę w muzeum V&A (choć w tym wypadku życzę szczęścia przy kupnie biletów, które rozchodzą się jak ciepłe bułeczki lub raczej jak suknie Diora z 90-procentową zniżką).


Tiffany, Bond Street, z widocznym sznurem dla utrzymania kolejki w ryzach
W sumie więc wieczór przedświąteczny nie różni się aż tak bardzo od wieczoru jakiegokolwiek innego.

Poza dwoma szczegółami: ludzi jest wszędzie kilkakrotnie więcej, a w mieście znajdziemy wszystko co trzeba, żeby poczuć świąteczne wzmożenie.

Ja co roku robię prawie to samo - mój osobisty spis grudniowych przyjemności poniżej.


Spacer pod aniołami

Na włóczenie się po mieście staram się wybierać czas w środku tygodnia (mniejszy tłok). I po zamknięciu sklepów (mniejszy tłok). Niezła jest też deszczowa pogoda (mniejszy tłok).

Seven Dials

Moja ulubiona trasa w centrum Londynu to ulice St. James, Regent Street, Piccadilly (z przystankiem w Burlington Arcade i położonej naprzeciwko Piccadilly Arcade), Bond Street, okolice Carnaby Street, uliczki Soho i West End aż do okolic czarownego placyku Seven Dials. W innych porach roku wolę spokojniejsze części miasta, ale przed świętami Bożego Narodzenia wybieram tętniące centrum.

Anioł nad Regent Street

Czterdzieści cztery ogromne anioły nad ulicami Regent, St James i Piccadilly to największa świetlna kompozycja nie tylko w całym mieście, ale w całym kraju. Tradycja liczy sobie już prawie 70 lat: pierwszy raz aniołki zawisły nad Regent Street w 1954 roku. Te dzisiejsze nie przypominają już wzoru z lat 50-tych, tradycyjnych aniołków dmących w trąby. Mają też większy rozmach. Dosłownie: rozpiętość anielskich skrzydeł sięga 17 metrów. Cała instalacja zrobiona jest z 300 tysięcy ledowych światełek.


Carnaby Street, dekoracje, Londyn
Carnaby Street

Napatrzywszy się na anioły, możemy przejść do sekcji entomologicznej i obejrzeć światełka na Carnaby Street, słynącej z szalonych dekoracji. W tym roku nad ulicą wiszą motyle, jako symbole odrodzenia, przemiany i nadziei. Co roku dekoracje powstają we współpracy z fundacją Choose Love, która zajmuje się ludźmi w kryzysie uchodźczym.


Bond Street

Na Bond Street (a właściwie Old Bond Street, ale i tak nikt nie używa pełnej nazwy) możemy podziwiać dekoracje z pawich piór. Od kilku lat niezmienione, ale jak twierdzą Brytyjczycy: po co zmieniać coś, co jest dobre?

Pawie pióra wydają się też idealnie pasować do przepychu ulicy z najdroższymi sklepami w mieście.
Londyn, dekoracje świąteczne
South Molton Street

Pierwsze wrażenie? Pełen zachwyt. Ulice zalane światłem wyglądają bajkowo. Kolejna myśl, jaka się pojawia, dotyczy jednak tego, jak dużo prądu pożerają takie dekoracje. Na jednym z miejskich portali przeczytałam uspokajające dane: wszystkie światełka na West Endzie (Oxford Street, Regent Street, St. James’s, Bond Street, South Molton Street) to technologia LED, czyli zużywająca trzy czwarte mniej energii niż tradycyjne żarówki. Światełka nad Oxford Street przeznaczone do wielokrotnego użycia i zrobione z materiałów podających się recyklingowi.


Londyn, dekoracje świąteczne
Bond Street

Anioły i pióra są kiczowato-piękne, motylki urocze. Ale naprawdę wzruszyły mnie światełka w Soho. Projekt neonów zrobiły dzieci z lokalnej podstawówki, w ramach szkolnego konkursu rysunkowego. Efekt? Rysowane dziecięcą kreską bałwanki, pingwinki i Mikołaje zawisły nad nocnymi klubami, sklepami z pejczami i dziwną bielizną z rzemieni oraz przybytkami wszelkich dozwolonych prawem uciech.

Soho, dekoracje zaprojektowane przez uczniów Soho Parish Primary School
Aniołek, Soho Parish Primary School
Renifer (?), Soho Parish Primary School

Jak odnaleźć swoje dziecko (wewnętrzne)

Dom towarowy Fortnum & Mason to dla mnie odpowiednik nowojorskiego Tiffany’ego, serwujący nie perły i brylanty, lecz herbatę i ciasteczka. Jeśli potrzebuję ucieczki od rzeczywistości, idę odetchnąć atmosferą Fortnum & Mason. To bardzo uspokajające miejsce, gdzie ludzkie problemy na chwilkę redukują się do wyboru: Earl Grey czy Darjeeling, filiżanki niebieskie czy białe, ciasteczka z czekoladą czy bez? Jestem też przekonana, że póki działa F&M, świat jeszcze się kręci.


Fortnum & Mason, witryna świąteczna

Mam też dziwną pewność, że nad projektem tego miejsca mocno popracowali spece od marketingu i merchandisingu, starając się sprawić, byśmy się czuli jak w scenografii Dziadka do Orzechów. Dom towarowy ma też najbardziej bajkowe wystawy w mieście. Myślę, że nawet sklepy z zabawkami nie mogą mu dorównać.


Fortnum & Mason, fasada

Od witryny F&M odciągały mnie w tym roku moje własne znudzone dzieci. Moje wewnętrzne dziecko natomiast szalało z radości na widok wiewiórki na huśtawce zrobionej z dziadka do orzechów, jeżyków na sankach czy śniącego wegański sen o brokułowym niebie zająca.


Fortnum & Mason, witryna świąteczna

Runda po wystawach

Od razu sprecyzuję: sklepowych. Żeby robić zakupy o tej porze roku, trzeba być albo w kompletnej desperacji, albo niespełna rozumu, albo lubić udręczonych sprzedawców, przebrane towary i kilometrowe kolejki do przymierzalni i kas.



Oblężone są wszystkie sklepy, od butików ze skarpetkami świata, poprzez dziwne akcesoria kuchenne, po atelier malowania trupich czaszek na tenisówkach i najdroższe salony oferujące sukienki w cenie małego (lub dużego) samochodu.

Nie ma jak się schronić nawet w księgarni, bo w grudniu głód słowa pisanego wzmaga się w narodzie w dwójnasób.


Bond Street, fasada Boodles i Cartier

Sam pomysł stania pół godziny przed wejściem do luksusowego sklepu, żeby potem lekką ręką wydać w nim kilka tysięcy funtów wydaje mi się raczej ekscentryczny. Widok kilkanastu osób tkwiących karnie przed wejściem do Chanel, Diora czy Tiffany’ego zawsze też budzi we mnie wspomnienie kolejki w domu towarowym Junior w Warszawie, po bluzę z Hofflandu. Wspomnienie bolesne, bo nigdy nie starczyło mi siły przebicia, by dopaść do tej malinowej, z napisem na rękawie. Zawsze zostawały dla mnie egzemplarze w kolorze ścierki (jeśli w ogóle).


Sklepy z kosmetykami po godzinach
Witryna Laduree, Burlington Arcade
Sklep z zegarkami, Bond Street
Bulgari, Bond Street

O tej porze roku najlepszy sklep to dla mnie sklep zamknięty. A najlepsza jego część, czyli wystawa, jest zawsze pięknie podświetlona. Witryny opustoszałych sklepów wydają mi się zawsze trochę zaczarowane. Lubię też dyskretnie przyglądać się ludziom, którzy wystawy mijają. Potencjalnym klientom, ale i osobom, które nie zwracają uwagi na te wszystkie wspaniałości, bo i po co?






Osobna przyjemność, to podglądanie pracy portierów. W Londynie są wyjątkowo eleganccy, w melonikach lub cylindrach i z adekwatnymi manierami. Portier w cylindrze stojący w drzwiach pięknie oświetlonego hotelu to dla mnie element przyjemniejszego i dość egzotycznego świata, tego samego, do którego przynależą: doskonałe brytyjskie wychowanie, konne wyścigi w Ascot i kluby dla dżentelmenów.

Hotel Claridges, wieczór
Hotel Claridges

W tym roku najpiękniejszych portierów znalazłam jednak nie w hotelu, lecz w klubie nocnym dla urodziwych, znanych i bogatych: dwóch przystojnych panów odzianych w absolutnie przepiękne beżowe dyplomatki wykosiło konkurencję w przedbiegach. Do obejrzenia na zdjęciu, dziennym, nie nocnym, bo lepiej widać płaszcze.


Klub Annabel's

W ogrodzie świecących róż

W jednej z książek, jakie kiedyś czytałam, Upiór z Opery zasadził dla swojej ukochanej świecące w ciemności róże. Nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś obejrzę takie kwiaty w realu. A tu proszę: od 1 do 23 grudnia na Grosvenor Square kwitnie 25 tysięcy jedwabnych podświetlanych róż. Każda z nich symbolizuje bliską osobę, która odeszła - bo Ever After Garden to trochę odpowiednik naszego Święta Zmarłych.


Ever After Garden, Grosvenor Square

Niektóre róże noszą konkretne nazwiska, umieszczone na tabliczkach przy łodydze. Można je bowiem dedykować zmarłej osobie, po dokonaniu symbolicznej darowizny na rzecz fundacji The Royal Marsden Charity, zbierającej fundusze na walkę z rakiem. Na pomysł wpadły w 2019 roku projektantki Anya Hindmarch i Camilla Morton, chcąc uczcić pamięć zmarłego przyjaciela. Po covidowej przerwie w roku 2020 do pomysłu wrócono, a Grosvenor Square znowu zakwitł na bladoniebiesko.



Pod łysą choinką z Norwegii

Drzewko na Trafalgar Square - 20 metrowy świerk - przysyła co roku królestwo Norwegii w podziękowaniu za pomoc okazaną przez Zjednoczone Królestwo podczas drugiej wojny światowej. Brytyjczycy przyjęli norweski rząd i króla na uchodźctwie, a BBC nadawało po norwesku audycje wspierające Norwegów stawiających czoła okupantom.


Choinka na Trafalgar Square A.D. 2021

Choinka przypływa na statku z Norwegii co sezon, od 1947 roku. Tegoroczna budzi wyjątkowo żywe emocje. Drzewko ustawione za pomocą budowlanych dźwigów wydało się przechodniom tak rachityczne, że w Internecie posypały się uwagi na temat stanu stosunków brytyjsko-norweskich, domniemanej zemsty za usunięcie trenera Ole Gunnara Solskjaera z klubu piłkarskiego Manchester United oraz nerwowe zapytania, kiedy dotrze druga połowa choinki. Rada miejska dzielnicy Westminster wyraziła natomiast satysfakcję z faktu, że gałęzie choinki zachowują między sobą zdrowy pandemiczny dystans społeczny. Za to właśnie kocham Brytyjczyków! Swoją drogą, drzewko rzeczywiście wygląda mało imponująco. Nie zauważyłam też, by ktokolwiek chciał maskować prześwity nadmiarem świątecznych dekoracji - bo i byłoby to też fryzowanie łysiny.


Choinka (?) w Connaught Village

Z drugiej strony, bez przesady. Na przykład w Connaught Village jest drzewko, które wcale nie jest choinką, tylko czymś zdecydowanie liściastym (więc teraz bezlistnym), ale i tak wszyscy przychodzą tu na selfie, bo udekorowano je cytatami z filmu Love Actually. Można? Można.



Chwila w kiczowatej kawiarni

Najbardziej lubię kawiarnie we Francji, z krzesłami na chodniku ustawionymi jak siedzenia w teatrze, bo myślę, że po to one są: do oglądania przedstawienia, jakie toczy się przed oczami pijących leniwie café noisette czy demi-Badoit.

W Wielkiej Brytanii takich kawiarni jest jak na lekarstwo. I to homeopatyczne. Przeważają sieciówki (nierzadko w wydaniu koszmarnym, z brudnymi stolikami i bardzo odrapanymi meblami). W wielu z nich brakuje też miejsca do siedzenia: poza kilkoma stolikami dostępna jest tylko niewygodna grzęda przy oknie lub opcja na wynos, z kawą w styropianie (fuj) do wypicia na ławce w parku, przy radosnym założeniu, że akurat nie pada.

Jest jednak wyjątek: kiczowate kawiarnie. Nigdzie na świecie nie widziałam takiej orgii girland, kokardek, pudrowego różu, piętrzących się ciast i ciasteczek na wyłożonych papierową koronką paterach. Jak na przyjęciu u Marii Antoniny! Rozumiem też, że zaciągnięci w takie miejsce angielscy macho po prostu muszą potem upodlić się w obskurnym pubie.

Mój ulubiony ciąg kiczowatych kawiarni znajduje się przy Brompton Road, niedaleko Harrodsa. Jest ich kilka, każda w innych girlandach. Lubię też (dyskretnie!) przyglądać się gościniom takich kawiarni - przychodzą do nich na ploteczki całe grupy przepięknie ubranych młodych kobiet w czadorach i chustach.

Ozdoby świąteczne sprzedawane w Harrodsie

Osobną kategorią kiczowatego miejsca jest igloo-bąbel. Czyli przezroczysty namiot w kształcie kopuły, do którego wchodzi 6-10 osób. Jemy niby na zewnątrz, ale da się to zrobić tak, by nie zwiewało sałaty z talerza ani nie padało do drinka. Na zimę niezła opcja, jeśli chcemy unikać większych ludzkich skupisk. A izolację w bąblach różnego rodzaju mamy już przecież przerobioną.


A tu moja noga nie postanie

Szerokim łukiem omijam świąteczne jarmarki. To rozrywka, która mnie przerasta. Pewnie dlatego, że wszystkiego jest tam za dużo.

Rozmaite produkty oferowane są w stosach: od wydm marshamallows, przez góry owoców do zamaczania w czekoladowych fontannach, po sterty haftowanych Mikołajów, piramidy świątecznych lampioników i gejzery grzanego wina… Omijam więc na przykład Leicester Square, gdzie znajduje się jeden z popularniejszych świątecznych jarmarków.

Staram się też unikać najbardziej tłocznych kwartałów w centrum miasta. Należą do nich okolice Covent Garden (które uwielbiam w każdej innej porze roku), gdzie tłumy przychodzą zrobić sobie zdjęcie pod ogromną choinką lub pod kilkoma przyprószonymi sztucznym śniegiem drzewkami z metką Frozen.

Na zamkniętych dla ruchu samochodowego uliczkach wokół Covent Garden należałoby w zasadzie wprowadzić coś w rodzaju drogówki do pilnowania przestrzegania reguł ruchu pieszego: trudno przejść na drugą stronę ulicy, bo strumień ludzi jest tak gęsty.

Omijam też Chinatown, miejsce zawsze niezwykle barwne i tłoczne, bo przed świętami barwność i tłok podniesione do potęgi kwadratowej są trudne do zniesienia.

Koniec końców pozostaje tak dużo do obejrzenia, że cały grudzień na to nie wystarczy.
Burlington Arcade, Piccadilly Arcade

0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Remedium