• Katarzyna Stachowicz

Wakacje z piekła rodem

Aktualizacja: kwi 18

Koszmarne miejsca, nadmiar oczekiwań, uczucie frustracji, że jest zupełnie inaczej, niż miało być. Na pocieszenie w covidowych czasach zrobiłam listę naszych najbardziej chybionych urlopowych pomysłów.


„Widziały gały co brały”. Taka dobra, sprawdzona zasada, a mimo to zbyt rzadko o niej pamiętam. Przecież wiem, że niektóre rzeczy są zbyt piękne, żeby były prawdziwe. Mam świadomość, że idealnie puste plaże istnieją tylko na zdjęciach zrobionych poza sezonem o piątej rano. Biorę poprawkę na to, że każdy pokój hotelowy w specjalnym obiektywie wygląda jakby miał sto metrów kwadratowych. Rezerwuję pokoje z wyraźnym zastrzeżeniem, żeby posiadały okno (level 1). I jak już to okno mają, staram się zapewnić, żeby nie wychodziło ono na parking/śmietnik/podwórko z nocnym klubem na parterze/główną centralę klimatyzatorów dla całego hotelu (level 2). Wiem o czym mówię, bo wszystkie wymienione opcje przerobiliśmy swego czasu.

Cały kłopot w tym, że marząc o wakacjach, widzimy czasem tylko to, co chcemy widzieć.

Dostrzegamy elegancki hotel, ale już nie wielkie blokowisko tuż za płotem. Albo jakimś cudem nie dopuszczamy do świadomości faktu, że trzecie pomieszczenie w świetnym trzypokojowym mieszkaniu nie ma okna i ktoś będzie musiał spać de facto w szafie. Z mapy Googla można też odczytać, że obok uroczego pensjonatu jest wysypisko śmieci/hurtownia/budowa z dwoma ogromnymi dźwigami.


Żeby tak jeszcze nauczyć się za pierwszym razem i potem stosować tę wiedzę! Ale nie. Prawie zawsze potrzebne jest doświadczenie „na drugą nóżkę”, aby się przekonać, jak bardzo się czegoś nie lubi. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że chociaż byłam wcześniej w paryskim muzeum figur woskowych Musée Grévin (i żałowałam), to potem i tak wybrałam się do Madame Tussauds w Londynie (i żałowałam). Dlaczego wiedząc, że ledwo udało mi się wytrzymać w Wieliczce, poszłam zwiedzać paryskie katakumby i musiałam uciekać już z drugiej kondygnacji schodów prowadzących w dół, z niemiłym uczuciem, że sufit spada mi na głowę?


Widok z balkonu, Split, lato 2012

Nie ufaj nieznajomym

Ładnych kilka lat temu, w samolocie wiozącym nas z dość traumatyzujących wakacji z dziećmi we Włoszech poznaliśmy miłą panią posiadającą trzy córki w wieku naszych synów. W wieku niezaawansowanym i czasem trudnym do zniesienia dla rodziców, którzy też chcieliby mieć wakacje. Pani - w przeciwieństwie do nas, była zrelaksowana i wypoczęta, dzieci - w przeciwieństwie do naszych, pogodne i spokojne. Uznaliśmy, że pani ewidentnie robi coś lepiej od nas i zagadnęliśmy, skąd wraca. Pani udzieliła informacji, chwaląc bardzo miejscowość wakacyjną, gdzie wszystko jest świetnie zorganizowane i prawie podane na tacy, a dzieci zaopiekowane i wybawione, nic tylko sączyć drinki z parasolką przy smooth jazzie nad lazurowym basenem.


Chioggia, lato 2006

Zainspirowani, na kolejne wakacje zabukowaliśmy opisany przez miłą panią przybytek i pełni jak najlepszych myśli wyruszyliśmy na zasłużony wypoczynek. Na miejscu okazało się, że lokalna restauracja serwuje wyłącznie pizzę (dzieci zachwycone), a liczni współmieszkańcy zajmują się całodobowo grillowaniem oraz, także całodobowo (ale ze specjalnym naciskiem na trzecią nad ranem), puszczaniem fajerwerków. Nad basenem rzeczywiście rozrywek nie brakowało. W udręczonej pamięci zapisane mam, że również całodobowo. Od porannej gimnastyki w rytmie techno, przez wodny odpowiednik wyścigów w workach, po nocne rytmy italo disco. Okazało się też, że nie bardzo jest gdzie uciec, bo wioska wakacyjna znajduje się w najbrzydszej miejscowości we Włoszech (myślałam, że we Włoszech nie ma brzydkich miejscowości, ale człowiek uczy się przez całe życie). Najbliżej było do pięknej i mało turystycznej Chioggi, gdzie dało się wytchnąć. Pod warunkiem, że przeszło się przez pierwszy test pt. „bilety na autobus kupuje się w sklepie rybnym przy rondzie, co jest doprawdy oczywiste dla wszystkich”. Na szczęście niedogodności te szybko przestały mieć znaczenie, bo okazało się, że przywieźliśmy z samolotu grypę żołądkową. Wtedy dowiedzieliśmy się za to, jak jest mieszkać w dużym ośrodku wakacyjnym dysponującym jedną pralką na kilkadziesiąt lokali, z dwojgiem dzieci chorych na żołądek.


Navagio Beach, Zakynthos, lato 2013

Strzeż się źródełka Afrodyty

Jeśli coś ma bardzo romantyczną nazwę, jest to pierwszy sygnał, że należy tę atrakcję szybko ominąć i zająć się czymś innym. Podobnie jak lepiej nie spodziewać się wysokiej jakości po miejscu czy usłudze, które w nazwie mają unique, luxury lub exclusiv. Nie zawiodła mnie też jeszcze nigdy zasada, że nie czytam książek reklamowanych za pomocą innych książek („nowy Harry Potter”) i nie oglądam filmów reklamowanych za pomocą innych filmów („odpowiedź na Pożegnanie z Afryką”).

Źródełko Afrodyty, do którego wybraliśmy się wiele lat temu, bodajże na Cyprze, okazało się smętnym bajorem. Może Afrodyta miała nietypowy gust albo wierzyła w uzdrawiającą moc błotnych kąpieli? W każdym razie, jeśli mieliśmy wcześniej wyobrażenia rodem z obrazu Botticellego, przy źródełku Afrodyty mogliśmy się z nimi pożegnać.


Canal d’Amour, Korfu, wersja z folderu turystycznego

Ponieważ z jakiegoś powodu nie udało nam się przyswoić wiedzy za pierwszym razem, powtórzyliśmy doświadczenie będąc na Korfu. Występuje tam mianowicie szeroko reklamowana przez wszelkie przewodniki malownicza miejscowość Sidari, a w niej urocza zatoczka o nazwie Kanał Miłości. Na potwierdzenie wklejam zdjęcie z katalogu firmy turystycznej. Na miejscu Kanał Miłości okazuje się mulistą niecką między skałami w kolorze ścierki. Chodzi też zapewne o miłość grupową, bo tak wielkiego obłożenia nie ma pierwsza lepsza turystyczna atrakcja. Ale w sumie warto było stracić pół dnia, by zapoznać się z najbrzydszym zakątkiem Korfu (myślałam wcześniej, że na Korfu nie ma brzydkich zakątków).


Canal d’Amour, Korfu, lato 2018

Dosyć przereklamowane wydały mi się też ogrody przypraw, które można zwiedzać w miejscach słynących z cynamonu/wanilii/goździków/pieprzu itp. Z naszego doświadczenia wynika, że kto widział raz dyżurny zestaw grządek i krzaków, ten widział wszystkie - bo ogrody te różnią się między sobą drobnymi szczegółami. Może jednak warto do nich zaglądać, w ramach wspierania lokalnej przedsiębiorczości: raczej mało prawdopodobne jest opuszczenie z pustymi rękami firmowego sklepiku z przyprawami i pachnidłami.


Ogród przypraw, Zanzibar, zima 2018

Patrz, na co wsiadasz…

Statek płynący na małą grecką wyspę, który zabiera na pokład więcej pasażerów, niż wyspa liczy mieszkańców, to nie jest dobry pomysł. I jeszcze z przystankiem na nurkowanie w bajkowej zatoczce. No bo wyobraźcie sobie sytuację, kiedy 200 osób usiłuje zejść po jedynej dostępnej drabince do wody. Jeśli ktoś lubi czuć grozę, niech sobie pomyśli, jak to wygląda z powrotem, kiedy w głębokiej wodzie walczą o pierwszeństwo umięśnieni młodzieńcy oraz kobiety i dzieci.


Bilety na wielki statek kupiliśmy wiedząc o jego rozmiarach. Bardzo chcieliśmy obejrzeć piękną grecką wysepkę, a miejsc na mniejszych łodziach nie było. Czasami jednak mimo najlepszych chęci, nie mamy wpływu na rozwój sytuacji. Na przykład na to, jak bardzo statek będzie śmierdział benzyną, bo trochę wycieka z niego paliwo. Dlatego z podróży ze Splitu na wyspę Brac pamiętam głównie uporczywy ból głowy.


… i zastanów się, dokąd zmierzasz

Niektórych miejsc nie da się zobaczyć osobiście. Koniec i kropka. Wszelkie podejmowane próby szkodzą i turystom, i – zwłaszcza - tym miejscom. Ku przestrodze wspomnę o Maya Beach w Tajlandii, która była niebiańską plażą, dopóki Danny Boyle nie nakręcił na niej „Niebiańskiej plaży” z Leonardo di Caprio w jednej z głównych ról. Od tego czasu, przez dwadzieścia lat stale rosła liczba osób, które chciały obejrzeć to piękne miejsce - aż do pięciu tysięcy dziennie. W 2017 roku przez moment przymierzaliśmy się do wycieczki, ale okazało się, że nie da się przybić do brzegu, obstawionego łodziami przywożącymi turystów. W 2018 roku władze Tajlandii poszły po rozum do głowy i plażę zamknęły, by dać szansę lokalnej rafie koralowej na odnowę. Maya ma być zamknięta do połowy tego roku.


Plaże w Tajlandii, zima 2017

Inna słynna zatoczka, obfotografowana we wszystkich albumach typu „najpiękniejsze plaże świata” Navagio Beach na Zakynthos, również pada ofiarą swojej popularności. My byliśmy tam w 2015 roku, kiedy do brzegu przybijały dwa-trzy statki, a już było tłumnie. Z zdjęć dostępnych w Internecie wynika, że dzisiaj jest dużo, dużo gorzej.


Navagio Beach, Zakynthos, lato 2013

Plaża ta jest zresztą dość ekscentrycznym miejscem. Stoi na niej romantycznie wyglądający wrak. Myli się natomiast ten, kto myśli, że to resztki starego pirackiego okrętu. Rdzewiejący kadłub należy bowiem do rozbitego u wybrzeży wyspy w latach 80-tych statku przemytników papierosów…


Oblężone plaże przypomniały mi Portofino w szczycie sezonu. Problem tego malutkiego portu w Ligurii polega na tym, że ma on swoją pojemność. I zdarza się, że po prostu nie da się do niego dostać, bo liczba turystów i (zwłaszcza!) samochodów osiągnęła maksimum. Oznacza to, że jeśli wjeżdżacie tam samochodem, to spędzicie wiele godzin w korku, czekając aż zwolni się miejsce parkingowe.


Podobne doświadczenie, wynikające z czystej niewiedzy, mieliśmy dwa lata temu w Brugii, w której się zatrzymujemy na trasie Warszawa-Londyn. Okazało się mianowicie, że w mojej bezwarunkowej miłości do tego miasta nie jestem bynajmniej osamotniona. Dzielę to uczucie z tysiącami innych osób, które postanowiły doświadczyć w tym cudownym miejscu magii świąt. Magia jest, pod warunkiem, że nie usiłujemy się dostać samochodem do centrum, które jest zamykane dla ruchu. Dodam, że szans na zostawienie samochodu poza centrum raczej nie ma, bo tam parkują już te nieprzebrane tłumy, które też kochają Brugię. Zaparkować można więc w zasadzie już w innej miejscowości. Potem trzeba tylko jeszcze przymknąć oczy na setki przepychających się po wąskich uliczkach ludzi, no i raczej nie liczyć na spokojny posiłek.


Pułapka autentyczności

Zwiedzaliśmy wiele lat temu fabrykę serów w Roquefort. No bo jak inaczej? Być w takim miejscu i nie zobaczyć, jak robi się sery? Było fantastycznie, miły przewodnik opowiedział nam ze szczegółami o procesie produkcji, a potem zaprowadził do piwnic, w których dojrzewają obrosłe pleśnią gomółki. Rzeczywiście, pięknie pachnące i odpowiednio zieleniące się koliste roqueforty cieszyły wszystkie zmysły. Czar prysł, gdy miły przewodnik zeznał, że zwiedzamy przybytek poza sezonem produkcyjnym, więc wszystkie serowe krążki są niestety tylko atrapami dla turystów.


Z drugiej strony, czasami musimy z góry założyć, że będziemy oglądać nie autentyk, lecz doskonale zrobioną kopię. Tak jest na przykład, jeśli chcemy obejrzeć słynne groty Lascaux czy Chauvet na południu Francji. Dzięki temu, że udało się wybudować doskonałe repliki tych jaskiń, można je w ogóle zwiedzać, nie będąc archeologiem z niezwykle rzadko wydawanym specjalnym glejtem. Prehistorycznym ściennym malowidłom szkodzi ponoć każdy oddech. Natomiast fakt, że zwiedzający ogląda replikę, a nie oryginał w najmniejszym stopniu nie psuje przyjemności zwiedzania.


Sri Lanka, zima 2015

Jedno z moich ulubionych zdjęć podróżniczych - rybacy ze Sri Lanki w obiektywie Steve’a McCurry to dla mnie kwintesencja egzotyki. Dlatego bardzo się ucieszyłam, że zatoczka rybaków znalazła się na naszej trasie podczas podróży po wyspie. Zapał mój trochę ostygł jednak na wieść, że rybacy nie utrzymują się już wcale z łowienia ryb, lecz z opłat uiszczanych przez turystów robiących im zdjęcia. Biały miś z Zakopanego w wersji południowoazjatyckiej. Co nie umniejsza faktu, że siedzący na żerdziach mężczyźni wyglądają bardzo malowniczo.


Rozrywka niejedno ma imię

Ludzie są różni, więc bawią ich ekstremalnie różne rzeczy. W zasadzie powinnam to wiedzieć od lat szczenięcych, kiedy pierwszy raz zapoznałam się z programami Benny’ego Hilla.

Skoro słynny angielski humor ma tak ekstremalne oblicza, jak twórczość wyżej wspomnianego komika i, na przykład, programy Latającego Cyrku Monty Pythona, to co dopiero z całą resztą ludzkiej radosnej kreatywności?

Niestety, mając w nosie maksymę Sokratesa „poznaj samego siebie”, radośnie ćwiczyłam metodę prób i błędów. Dlatego poniżej jest lista przyjemności, których już nie powtórzę, chyba, że będzie od tego zależało coś naprawdę ważnego (albo przewodnikiem wycieczki będzie Brad Pitt):


  • Spływ rwącym potokiem.

Zażywaliśmy tej rozrywki we francuskim kanionie Verdon, ale myślę, że spokojnie mogę to rozciągnąć na wszystkie rwące potoki świata. W każdym razie nie należy robić tego z dziećmi, bo spędza się czas na rozważaniach, co będzie, jak wypadną za burtę pontonu. W bonusie dostaliśmy też jedyny zimny dzień podczas prowansalskiego lata (myślałam, że w lipcu w Prowansji nie ma zimnych dni).


Dubaj, jesień 2013
  • Przejażdżka samochodem terenowym po pustyni.

W zasadzie to samo, co wyprawa fiatem 126p przez las. Ten sam komfort, choć poziom adrenaliny na korzyść pustyni - zwłaszcza, kiedy lokalny kierowca sprawia wrażenie szaleńca w ataku manii. Samochód terenowy na piasku dużo bardziej trzęsie niż maluch. Do dzisiaj jest dla mnie niejasne, po co w ogóle to robiliśmy.


  • Tańce brzucha na pustyni.

Bardzo ciekawe doświadczenie. Urodziwa pani z Ukrainy z wdziękiem prezentuje coś, co ewidentnie jest niezdrową fantazją na temat tradycyjnych arabskich rozrywek. Arabowie w każdym razie odwracali oczy. Z tej samej serii był jeszcze wirujący derwisz w podświetlanym lampkami choinkowymi płaszczu. Już jak to wspominam, to mi jakoś dziwnie.


  • Narty w kraju o średniej rocznej temperatur powyżej 30 stopni, w plusie.

To jest czysta perwersja. Greta Thunberg by mnie znienawidziła, a ja nie mogłabym mieć do niej o to żalu. Czy naprawdę musieliśmy się przekonywać, że na nartach w mieście na pustyni jeździ się jak w słabym ośrodku u podnóża Alp?


  • Nocleg w lodowej grocie.

Monstrualnych rozmiarów igloo, z salą balową, kaplicą, barem i nie wiem iloma minisypialniami jest samo w sobie fascynujące. I bardzo w swojej błękitnej kiczowatości ładne. Natomiast w pokoju, gdzie panuje temperatura -7 stopni zasnąć moim zdaniem się nie da, nawet w dwóch zestawach termicznej bielizny, narciarskim kombinezonie i pod futrem ściągniętym z jakiegoś nieszczęsnego renifera. Nie żałuję jednak tego doświadczenia: zapamiętam do końca życia i zorzę polarną, i poczucie, że każdy następny nocleg w moim życiu po prostu musi być lepszy od tamtego.


Korfu, lato 2018
  • Przejażdżka przez pustynię na grzbiecie wielbłąda.

Przejażdżka oznacza pokonanie stu metrów, ale to doprawdy wystarczy, żeby się dowiedzieć, że wielbłąd trzęsie i źle pachnie. Nigdy więcej męczenia tych miłych zwierzaków.


No dobrze, widać, że na mojej liście przeważają atrakcje z Dubaju. Myślę, że to miejsce oferuje najwięcej opcji dla podróżników lubiących samoudręczenie, i to za spore pieniądze.


Niektóre z dziwnych rozrywek okazały się jednak całkiem zabawne. Na przykład na Korfu bardzo popularnym miejscem jest grobla tuż przy pasie lotniska. Wystarczy sprawdzić w Internecie rozkład czarterów, a potem zająć dogodną miejscówkę do obserwacji lądujących nad głową samolotów. Wrażenia niezapomniane i jakże niebanalne.


Fotograficzne polowanie to nadal polowanie

Ten paragraf jest dla mnie bolesny, bo powinnam być mądrzejsza, nie byłam i jeszcze długo będę się tego wstydzić. Po pierwsze, wsiadłam na słonia na Sri Lance. Dopiero później dowiedziałam się, że do wychowywania takich słoni wykorzystuje się łańcuchy, kije ze szpikulcem i inne barbarzyńskie metody. Brak wiedzy nie zwalnia z odpowiedzialności. Jest mi głupio. Nigdy więcej.


Sri Lanka, zima 2015

Od dzieciństwa mam wielką słabość do morskich ssaków. Dlatego namówiłam całą rodzinę na wycieczkę do delfiniej farmy na Dominikanie. Było to przed filmem „Zatoka delfinów”, ale człowiek jednak powinien być mądrzejszy i wiedzieć, że dzikie delfiny nie chcą siedzieć w betonowej zagrodzie i nie czują się tam dobrze. Nigdy więcej takich przybytków, o delfinariach nie wspominając. Wspaniałe przygody z delfinami mieliśmy wcale ich nie szukając - podpływają bowiem do statków w Grecji, Chorwacji i Egipcie.


Sri Lanka, zima 2015

Ze niesmakiem wspominam oglądanie wielorybów na Sri Lance. Mieliśmy być cichymi obserwatorami migracji tych wspaniałych ssaków, tymczasem okazało się że tropimy jednego zagubionego wieloryba, z zażartością godną kapitana Ahaba ściągającego Moby Dicka. Wtedy obiecałam sobie, że jeśli będzie taka możliwość, będę oglądać wieloryby wyłącznie z lądu. Mam nadzieję, że uda mi się w tym celu dotrzeć kiedyś na przykład do Kalifornii.


Zakynthos, lato 2013

Z niechęcią odświeżam też w pamięci żenującą wycieczkę w celu podpatrywania olbrzymich morskich żółwi careta careta u wybrzeży greckiej wyspy Zakynthos. Wynik: jeden obojętny na wszystko żółw plus mnóstwo histeryzujących turystów na piętnastu łodziach.


Jak widać, nazbieraliśmy sporo doświadczeń, także tych nienajlepszych. Tymczasem po covidowym zamknięciu, na samą myśl o wyjeździe gdziekolwiek natychmiast znowu włącza mi się widzenie tunelowe, myślenie życzeniowe oraz efekt aureoli. Ale walczę z tym. W końcu, jak mawia moje starsze dziecko, uczę się powoli, ale za to opornie.

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie