• Katarzyna Stachowicz

Dlaczego wrócę do Bath

Perfekcyjna architektoniczna harmonia i powiewy szaleństwa. Starożytne termy i nowoczesne hotele. Jane Austen i Tears for Fears. Jak tu nie lubić miasta, które założył książę-świniopas, w którym ludzie spierają się o recepturę pączków i w którym zabiegi spa oferuje nawet księgarnia?


Nie wiem, czy termalne wody działają jakoś na kreatywność, ale mieszkańcom Bath nigdy nie brakowało ciekawych pomysłów. To właśnie w Bath latem 1781 roku astronom William Hershel dostrzegł, że w układzie słonecznym jest siódma planeta: Uran. 2 maja 1840 z Bath wysłano pierwszy list opatrzony znaczkiem pocztowym: czarną jednopensówkę z podobizną królowej Wiktorii. W Bath wymyślono też plastelinę. Na odpowiednią recepturę wpadł William Harbutt, który uczył w Bath School of Art and Design i potrzebował dla swoich studentów plastycznej masy, która zastąpiłaby zbyt szybko schnącą glinę.


Ja do Bath mam wielką słabość, co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze, jest dla mnie kwintesencją tradycyjnej brytyjskości, czego nie da się powiedzieć o dwóch innych miastach, które lubię na Wyspach najbardziej: wieloetnicznym Londynie i bardzo szkockim Edynburgu. Po drugie, Bath stanowi ucztę dla oka, bo właściwie nie ma w nim paskudnych miejsc, a całe miasto wpisane jest od 1987 roku na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Po trzecie, Jane Austen umieściła tu akcję jednej z moich ulubionych powieści. Ale powodów, dla których warto się wybrać przynajmniej na weekend do Bath, jest dużo więcej. I właściwie grzech tego nie zrobić, bo dojazd z Londynu jest prosty i szybki: pociąg z dworca Paddington jedzie do Bath zaledwie półtorej godziny.


Książę wśród świń

Za legendarnego założyciela miasta uchodzi celtycki książę Bladud. Jego historia jest też przy okazji kolejną ilustracją tezy, że z każdego zła może wyniknąć coś dobrego.

Posąg króla Bladuda, 1859, Parade Gardens

Bladud był synem króla, ale w momencie, gdy zaraził się trądem, przestało to mieć znaczenie. Mało wspierająca i zgoła nieempatyczna rodzina skazała nieszczęśnika na wygnanie, w wyniku czego Bladud został świniopasem, by zarobić na życie. W całej tej paskudnej sytuacji miał jednak szczęście, bo jego świnie upodobały sobie lecznicze błota przy termalnym źródełku. Dalszy ciąg łatwo sobie wyobrazić: Bladud wyleczył się w cudownej wodzie, wrócił na łono rodziny, odziedziczył włości i w podzięce zbudował świątynię opiekuńczej bogini Sulis. Rzymianie, którzy przyszli w to miejsce później, wiedzieli więc, gdzie wybudować termy. Odnotować też muszę, że według legendy synem Bladuda był opisany przez Szekspira król Lear.


Łaźnie razy dwa

Już sama nazwa zobowiązuje: Bath pochodzi od anglosaskiego wyrazu Badum, oznaczającego łaźnie. Założyli je Rzymianie, w pobliżu jedynych źródeł geotermalnych w Wielkiej Brytanii. Za rzymskich czasów miasto, a raczej uzdrowisko, nosiło nazwę Aquae Sulis. Lokalna ludność czciła bowiem w tym miejscu boginię Sulis, którą Rzymianie szybko i sprytnie przemianowali na Sulis-Minerwę. Ludzie przyjeżdżali obmyć się w leczniczej wodzie i poprosić boginię o opiekę.

Tabliczki z prośbami do bogini Sulis, Muzeum rzymskich łaźni

Modlitwy musiały jednak czasem przypominać słynną modlitwę z filmów Sylwestra Chęcińskiego o Samych swoich („Na całe Kargulowe plemię, spuść dobry Panie, wszystkie plagi egipskie…”) - wśród wykopalisk znaleziono bowiem spory zbiór cynowych i ołowianych tabliczek z prośbami do bogini o rzucenie złego uroku na osobę podejrzaną o niecny uczynek, taki jak na przykład kradzież płaszcza z kapturem, pługa, czy pary rękawiczek.


Zabawnym odkryciem jest też to, jak bardzo podniósł się poziom gruntów w mieście: łaźnie znajdują się dziś sześć metrów pod poziomem chodnika. Wszystko, co wystaje z ziemi, pochodzi z dużo późniejszego okresu – z XVIII wieku, kiedy po wiekach zapomnienia odkryto część łaźni z wielkim basenem. Nie ma też śladu po dachu, który przykrywał ten basen. Z galerii ozdobionej figurami zamyślonych rzymskich cesarzy jest za to przepiękny widok na otaczające łaźnie ulice.

Od początku XX wieku woda termalna z Bath była sprzedawana w butelkach jako Sulis Water i zalecana w leczeniu reumatyzmu, lumbago, dny moczanowej, rwy kulszowej i nerwobóli. Po pierwszej wojnie światowej w Bath Spa kurowali się ranni żołnierze.

Dzisiaj kąpać się w starożytnym basenie nie można, bo zagrażałoby to zdrowiu ze względu na obecność toksycznych alg. Ostatnie pływanie odbyło się w latach 70-tych ubiegłego stulecia - ale patrząc na nieprzejrzystą zieloną wodę, myślałam, że bym się raczej nie skusiła.


Tuż obok starożytnych łaźni są jednak łaźnie nowoczesne. Można się w nich wymoczyć w tej samej termalnej wodzie, która zaopatruje rzymskie kąpielisko (minus algi i zanieczyszczenia).


Największą atrakcją jest jednak basen na dachu budynku, z niezrównanym widokiem na Bath Abbey i stare miasto. Przed covidem można było zameldować się tu bez wcześniejszego bukowania wejściówek, teraz jednak rezerwacja miejsc jest konieczna. (thermaebathspa.com)


Jeśli jednak najbardziej lubisz chodzić do spa w szlafroku, miejskie termy odpadają, bo nie ma przy nich hotelu. Masz natomiast do wyboru kilka fantastycznych (choć nie należących do najtańszych) miejsc oferujących zabiegi spa. W The Bath Priory Hotel działa The Garden Spa by L’Occitane, oferujące zbiegi na bazie aromatycznych kosmetyków ekskluzywnej marki z Prowansji. Pięknie urządzone strefy spa ze spektakularnymi basenami znajdziesz w hotelach The Royal Crescent i The Gainsbourough.


Basen w Thermae Bath Spa, © VisitBath

Age of Elegance

Tak Anglicy nazywają okres obejmujący mniej więcej XVIII wiek. W architekturze elegancja objawiła się przede wszystkim w tzw. stylu georgiańskim, przypadającym na okres panowania czterech kolejnych królów o imieniu Jerzy (ponumerowanych od I do IV), z panującej do dzisiaj dynastii hanowerskiej. Była to, trzeba zaznaczyć, elegancja klasyczna, wzorowana na grecko-rzymskich tradycjach: prostocie, symetrii, oszczędności ornamentów.


Właśnie w takim stylu utrzymana jest duża część budynków w Bath, wzniesionych w ciągu mniej więcej stu lat przypadających na epokę królów Jerzych. Do ich budowy używano lokalnego piaskowca, o delikatnym złotym zabarwieniu - dlatego nawet w pochmurne dni Bath wydaje się jakieś pogodniejsze. Podobne zresztą wrażenie miewam w Paryżu, również zbudowanym z żółtego kamienia.


Widok z lotu ptaka na Royal Crescent (łuk z lewej) i The Circus (okrąg z prawej), ©VisitBath

Najbardziej spektakularny budynek w Bath to dla mnie Royal Crescent: trzydzieści domów połączonych w jedną łukowo wygiętą fasadę. Ot, taka ekskluzywna zabudowa szeregowa.

Okazałe domy z jońskimi kolumnami są idealnie symetryczne tylko od frontu. Oglądając je od strony podwórza można doznać estetycznego szoku. Królują tu bowiem architektoniczne narośle: dobudówki, facjatki i balkoniki stawiane jak się komu zamarzyło.

Anglicy określają taką działalność jako „ Queen Anne fronts and Mary-Anne backs”, czyli z przodu po królewsku, z tyłu swojsko. Z mieszanką grozy i fascynacji obserwuję to zjawisko w wielu innych miejscach w Wielkiej Brytanii. Domy miewają reprezentacyjną, często otynkowaną i pomalowaną na biało fasadę, z tyłu natomiast jest nagi ceglany mur, rury, kable i okienka w absurdalnych miejscach. Wygląda to czasem równie groteskowo, jak sklejone połówki pałacu i rudery. No cóż, my w Polsce kochamy nasze szopki i składziki, Anglicy mają swoje podwórza.


Royal Crescent, surowa klasyczna fasada i rozpasana wolność z tyłu budynku

Ogromny obrośnięty trawą plac przed Royal Crescent wyposażony jest w coś, co nosi radosną nazwę Ha-ha. To dla mnie produkt architektonicznego geniuszu: ktoś wpadł bowiem na pomysł, jak zapobiec, by na posesję nie włazili nieproszeni goście, a jednocześnie uniknąć stawiania psującego widok płotu. Wystarczy mianowicie wykorzystać naturalne pochylenie terenu i wyprofilować w nim odpowiednio głęboki uskok. W ten sposób granicę między terenem prywatnym a sąsiadującym z nim parkiem wyznacza różnica w poziomie gruntu. Z dołu widoczna jako murek wtopiony w zbocze, z góry prawie niedostrzegalna. Obawiam się tylko, że ten typ fosy w naturalny sposób eliminuje z górnej części osoby nieuważne, nietrzeźwe oraz co ruchliwsze dzieci.


Royal Crescent. Zdj. z lewej Eduardo Vieira/Pixabay. Na zdjęciu z prawej widoczne ha-ha

W bliskim sąsiedztwie Royal Crescent możesz obejrzeć inny niezwykły georgiański zabytek. The Circus to plac otoczony trzema szeregami budynków wygiętymi tak, by tworzyły okrąg na wzór rzymskiego Koloseum. Podobnie jak w Koloseum, każde z trzech pięter utrzymane jest w innym stylu: doryckim na parterze, jońskim na piętrze pierwszym oraz korynckim na piętrze drugim. Co ciekawe, The Circus ma tę samą średnicę, co kamienny krąg w Stonehenge. Podobno miał symbolizować Słońce, a wygięty sierpowato Royal Crescent - księżyc. Dla miłośników spiskowych teorii są jeszcze inne smaczki: budynki The Circus, oraz te przy Gay Street i Queen Square na planie miasta układają się w masoński symbol klucza, Royal Crescent, The Circus oraz łączące je Gay Street i Brock Street tworzą kształt cyrkla (konotacje jak wyżej), a Royal Crescent, Brock Street i The Circus formują znak zapytania. Nie wiem tylko, czy warto tu pytać o głębszy sens?


Wygięta fasada Royal Crescent

Trzecia z moich ulubionych pamiątek po Wieku Elegancji to Pulteney Bridge na rzece Avon, zaprojektowany pod koniec XVIII wieku przez słynnego architekta Roberta Adama. Projektując most Adam inspirował się rysunkami swojego starszego kolegi po fachu, włoskiego architekta Andrei Palladia, który pracował nad projektem mostu Rialto w Wenecji. Palladio swoich rysunków w końcu nie użył, natomiast użył ich Adam. Być może to właśnie Pulteney Bridge wygląda tak, jak pierwotnie miał wyglądać Rialto? Oba mosty łączy też fakt, że są zabudowane sklepami.



W Bath można sobie uzmysłowić, jak przyjemna dla oka jest architektoniczna harmonia. Przykro mi natomiast myśleć, że uroda miasta omal nie przyczyniła się do jego zguby.

O co chodziło? W 1942 roku Luftwaffe, w odwecie za zbombardowanie Lubeki przez RAF, przeprowadziła serię nalotów na kilka brytyjskich miast. Celem ataku były miasta bez specjalnego strategicznego znaczenia, ale za to bezcenne dla angielskiej kultury. Hitlerowscy dowódcy wybrali je na podstawie oznaczenia trzema gwiazdkami w popularnym turystycznym przewodniku - dlatego akcję nazwano „Baedeker Blitz”. Obok Exeter, Norwich, Yorku i Canterbury oberwało się także i Bath. Jakimś cudem jednak zniszczenia ominęły większość najważniejszych dla kultury budynków.


Anioły na drabinie

Tuż obok łaźni znajduje się główny kościół w mieście: Bath Abbey. Lubię mu się przyglądać, bo mógłby służyć do lekcji pokazowej na temat „gotyku wertykalnego” (perpendicular style), czyli ostatniej fazy późnego gotyku.


Możesz dla zabawy poszukać elementów tego stylu, takich jak bardzo liczne, wąskie pionowe elementy w elewacji, otwory okienne podzielone na wiele pionowych pól, wachlarzowe sklepienia i skomplikowane „koronkowe” wzory zdobiące ściany wewnątrz budowli.


Lubię bardzo ornament zachodniej fasady kościoła - po Jakubowych drabinach do nieba wspinają się anioły. Są wśród nich anioły sukcesu oraz anioły upadłe, którym pięcie się po stromych szczeblach jakoś nie wychodzi. Czerpię z tego pewne pocieszenie. W końcu Bath Abbey ma być miejscem, w którym ziemia spotyka się z niebem - a kto na jakim jest etapie wspinaczki, to już inna sprawa. Zostawiając jednak do późniejszych przemyśleń wspinaczkę metafizyczną, warto pokonać 212 stopni wiodących na szczyt kościelnej wieży, z której rozciąga się wspaniały widok na miasto. (bathabbey.org/visiting/tours)



Jane i spółka

Podczas pobytu w Bath będziesz bez przerwy wpadać na Jane Austen. Wszędzie są jej podobizny: w księgarniach sprzedaje się przewodniki śladami Jane Austen, przepisy na drinki à la Jane Austen, książki kucharskie typu „kolacja z Panem Darcym”, możesz wypić herbatkę „jak u Jane Austen”, a prężnie działające The Jane Austen Centre (janeausten.co.uk) prezentuje historię pobytu pisarki w Bath i łączy jej fanów z całego świata.

Warto przy tym nadmienić, że Jane Austen przymuszona życiowymi okolicznościami spędziła w Bath tylko kilka lat i nigdy go nie polubiła, ale umieściła tu akcję swojej pierwszej powieści Opactwo Northanger oraz powieści Perswazje. Do Bath najlepiej zatem wybrać się z książką pod pachą - będziesz miał(a) zabawę odnajdując w realu wymieniane przez autorkę miejsca.


Kopuła przy wejściu do rzymskich łaźni

W Bath powstały też duże fragmenty powieści Mary Shelley Frankenstein. Upamiętnia to tablica na budynku przy nr 5 Abbey Churchyard, gdzie młodziutka Mary (wówczas jeszcze Godwin) przez jakiś czas mieszkała. W pubie Saracen’s Head bywał Charles Dickens, opisał też „podróż do wód” pana Pickwicka.


Bath związane jest jednak nie tylko z literaturą. Pochodzi stąd także słynny niegdyś zespół muzyczny Tears for Fears (czy ktoś ich jeszcze pamięta?!).

Od wielu lat plenery w Bath przyciągają filmowców. W adaptacji Nędzników z 2012 roku z mostu Pulteney rzucał się w skłębione odmęty Inspektor Javert (w tej roli Russel Crowe, w roli Sekwany rzeka Avon). Wnętrza Grand Pump Room zagrały, a jakże, w adaptacjach Perswazji Jane Austen z 1994 i 2006 roku. Wprawne oko wypatrzy fasady i wnętrza Royal Crescent i Holburne Museum w filmie Księżna z Keirą Knightley. Bath wystąpiło też w serialu Poldark. Najczęściej filmowanym miejscem w okolicach Bath jest natomiast miasteczko Lacock, gdzie kręcono niektóre sceny Harry’ego Pottera, Dumy i uprzedzenia (wersja z Colinem Firthem), Downtown Abbey, Barry’ego Lyndona oraz Okruchów dnia.


Tea Time

Od czasu, kiedy pierwszy raz zapoznałam się z opisem Herbatki u Szalonego Kapelusznika, mam wielką słabość do tego angielskiego rytuału. Jeśli nadarza mi się możliwość uczestniczenia w ceremonii picia tradycyjnej angielskiej herbaty, raczej nie odmawiam.

Dobrym miejscem na wypicie zacnej herbaty z całą pompą i celebracją jest, nomen omen, Grand Pump Room. W tej kawiarnio-restauracji, urządzonej w dawnej pijalni wód sąsiadującej z łaźniami rzymskimi, można się poczuć jak za czasów Jane Austen. Kiedyś rządził tu Richard Beau Nash - samozwańczy „mistrz ceremonii”, który przez blisko pięćdziesiąt lat w pierwszej połowie XVIII wieku pełnił w Bath rolę wodzireja i arbitra elegancji. Mam też pewne podejrzenia, że trochę terroryzował eleganckie towarzystwo i mógł być postacią zgoła upiorną (część jego pamięci). Tak czy owak, pan Nash ustalił kod zachowania podczas publicznych rozrywek. Bath było bowiem jednym z najatrakcyjniejszych miejsc spotkań śmietanki towarzyskiej. Rozpoczynając pobyt u wód, należało się zameldować w Pump Room. W XVIII i XIX wieku goście przychodzili tu, by zostać zauważonymi, spotkać znajomych i przy szklance wody omówić plany na resztę dnia. Staroświecką atmosferę Pump Room docenisz rezerwując stolik (thepumproombath.co.uk). My zdecydowaliśmy się na klasyczną popołudniową herbatę, z lampką szampana oraz zestawem kanapek i ciasteczek tak bogatym, że zastąpił nam tego dnia główny posiłek.


Drugie miejsce, do którego warto zajrzeć na herbatę, kojarzy mi się nieodparcie z atmosferą przy stole Kapelusznika, Susła i Zająca. Nie dlatego, że jest tam jakoś dziwnie, ale dlatego, że przybytek uwikłany jest w ekscentryczny, ale na szczęście bezkrwawy konflikt o bułeczki.


Otóż, od mniej więcej 1680 roku najważniejszym w mieście miejscem oferującym tradycyjne Bath Buns (rodzaj bułeczek posypanych prażonymi ziarnami), była piekarnia Sally Lunn. Wielka Wystawa Światowa z 1851 roku miała natomiast spopularyzować London Bath Bun, produkt masowy i gorszej jakości, jak utrzymują w lokalu Sally Lunn’s.

Oliwy do ognia dolała Elisabeth David, autorka publikacji English Bread and Yeast Cookery z 1977 roku, w której zarzucała bułeczkom Sally Lunn zbyt dalekie odejście od oryginalnej receptury. Oczywiście, dyskusja dotycząca jakości wypieków odbywa się z bardzo brytyjską powściągliwością i dbałością o zasady dobrego wychowania. W jej ramach na stronie internetowej kawiarni Sally Lunn’s można dziś znaleźć subtelną adnotację, by nie mylić oryginalnych lekkich Sally Lunn Bunn (na słodko lub słono), z ciężkim i słodkim London Bath Bun. Jakość wypieków doradzam zbadać osobiście (sallylunns.co.uk). Dodatkowy plus: budynek, w którym mieści się lokal, to podobno najstarszy dom w Bath, któremu udało się przetrwać od 1482 roku.

Polecam także wizytę w którejś z kawiarni na Pulteney Bridge. Nie ze względu na bułeczki. Właściwie nie pamiętam, co tam podają. Nie da się natomiast zapomnieć wspaniałego widoku na przepływającą dołem rzekę.


Bułeczki z Bath i spory o ich recepturę wydają ci się ciężkostrawne? Inna mączna specjalność miasta jest niewątpliwie bardziej dietetyczna. Krakersy Bath Oliver nazwane zostały na pamiątkę dr Williama Olivera, osiemnastowiecznego lekarza i wielkiego orędownika odchudzających kuracji.

Nazwę oliver, na cześć dr Wiliama Olivera, nadano także specjalnej walucie, będącej w użytku w Bath od 2011 do 2017 roku. Był to rodzaj kuponu uprawniającego do zniżek u lokalnych sprzedawców.

Jeśli w której z angielskich książek bohaterowie pogryzają krakersy, jest bardzo możliwe, że chodzi właśnie o słone olivery. Na pewno jest o nich mowa w powieści Znowu w Brideshad Evelyna Waugh, wspomina o nich Charles Dickens w Klubie Pickwicka, piszą o nich Mary Norton, Rudyard Kipling i Ezra Pound. Krakersy z Bath miały też swoje pięć minut w historii Anglii. Podczas drugiej wojny światowej drogocenne kamienie z korony królewskiej zostały ukryte w puszce po oliverach.


Masaż duszy

Uwielbiam księgarnie. Nawet jeśli nie znam języka kraju, w którym jestem, zaglądam w nim do księgarni. Myślę, że to, co sprzedaje się w sklepach z książkami, mówi równie dużo o mieszkańcach, co wizyta w sklepie spożywczym - w końcu w obu przypadkach chodzi o to, czym się ludzie karmią. W Bath bariery językowej nie ma, a księgarnie są tak piękne, że hulaj dusza. Poza tradycyjnym Waterstones znalazłam tu dwie wspaniałe niezależne księgarnie.


Zdj. Samson Katt/Pexels.

W Topping & Company (przy The Paragon) można wsiąknąć i na godzinę, raczej też nie da się wyjść z pustymi rękami. A Mr B’s Emporium of Reading Delights (14/15 John Street) regularnie wygrywa w brytyjskich konkursach na najlepszą niezależną księgarnię. Mr B’s oferuje też coś niezwykłego: seanse biblioterapii w Reading Spa. Jak to działa? Wykupujesz voucher na „zabieg” i w jego ramach dostajesz kawę i ciastko, pogawędkę o książkach z jednym z księgarzy, „receptę” na najlepsze dla ciebie lektury oraz kupon na książkę. Brzmi nieźle? Tego samego zdania jest najwyraźniej wielu mieszkańców Bath i okolic, bo na stronie internetowej jest informacja, że Reading Spa jest zabukowane na dziewięć kolejnych miesięcy.



Ostateczny argument

Nie będę się tu rozpisywać o tym, że Bath jest istną kopalnią pięknych staroci. Nadmienię tylko, że są tu całe ulice antykwariuszy handlujących meblami, bibelotami i porcelaną (Bartlett Street Quarter czy Walcot Street), a co sobotę odbywa się targ antycznych przedmiotów.

Sklep z instrumentami muzycznymi

Ostatecznym powodem, dla którego chcę wrócić do Bath, jest coś, czego nie zdążyliśmy obejrzeć. A mianowicie stoisko pudrowania peruk.


W Wieku Elegancji taki przybytek był wprost niezbędny. No bo wyobraźmy sobie: w szczytowym sezonie od czerwca do października wydawano w mieście dwa bale tygodniowo, na nawet 800 osób, z których ważną część stanowiły panny na wydaniu. A istotnym atrybutem szukającego rodzinnego ustatkowania mężczyzny był nie tylko majątek, koneksje lub chociaż możliwość zrobienia dobrze płatnej wojskowej kariery (co wiemy z powieści naszej drogiej Jane), ale także - nieskazitelnie utrzymana peruka. Pomagała ukryć łysinę, kamuflowała blizny po nieprzyjemnych chorobach skóry, lub po prostu świadczyła o tym, że dżentelmen jest człowiekiem znającym się na modzie. Należało jednak zadbać, by rzeczona peruka nie wydzielała nieprzyjemnego zapachu i była idealnie biała. Na obie potrzeby było to samo remedium: perfumowany różanym, pomarańczowym lub jaśminowym olejkiem puder z mąki pszennej lub ryżowej. Do poprawek makijażu peruki służyły właśnie przybytki takie jak powdering room. Jeden z nich, wyłożony kafelkami z Delft i zaopatrzony w marmurowy zlew, znajduje się w pewnej kamienicy przy Gay Street. Można go obejrzeć z bliska, jeśli trafimy na przyjaźnie usposobionego pracownika firmy, w której siedzibie jest marmurowy zakątek. Obiecałam sobie, że właśnie tam skieruję pierwsze kroki, kiedy tylko uda mi się znowu dotrzeć do Bath.

83 wyświetlenia1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Remedium