• Katarzyna Stachowicz

Dlaczego nie wrócę do Dubrownika

Zaktualizowano: kwi 1

„Czy jesteś tu pierwszy raz czy setny, nigdy nie przestajesz być oczarowany pięknem tego miasta” - piszą w przewodniku Lonely Planet. Jestem przekonana, że w moim przypadku setnego razu nie będzie.


Wcale nie dlatego, że nie warto tam pojechać. Warto. Zwłaszcza, jeśli szukacie pomysłu na krótką podróż, najlepiej poza szczytem turystycznego sezonu. Dubrownik jest jednym z najpiękniejszych starych miast, jakie widziałam. Jest też jednym z nielicznych bajecznych miejsc, do których nie tęsknię. Już wyjaśniam, dlaczego.


Pierwsze zetknięcie z Dubrownikiem zapiera dech w piersiach. Po przekroczeniu słynnej bramy Pile, która dzieli otoczone murami Stare Miasto od dużo rozleglejszej reszty miasta niestarego zaczyna się zawrót głowy. Wypieszczone w każdym detalu barokowe budynki, tysiące turystów, setki kawiarni, lodziarnie, restauracje, zabytkowe kościoły ze smutnymi aniołami na frontonach, fontanny z delfinami, placyki tak piękne, że tylko się na nich oświadczać, stragany z lawendą w stu jeden postaciach, więcej turystów, fioletowe laleczki, kwitnące pelargonie, żaglówki, więcej lodziarni, gołębie, wyglądające dostatnio koty, pomniki, czerwone dachy, sklepy z artystyczną biżuterią, więcej żaglówek.


To w końcu najchętniej odwiedzany zakątek Chorwacji, wymieniany na wszystkich portalach podróżniczych w kategorii Must See obok Jezior Plitvickich, Splitu, wyspy Hvar i niemalże karaibskich plaż na mierzei Zlatni Rat.

Pierwszy raz w życiu byłam w Dubrowniku jako osoba kilkuletnia. Jak przez mgłę pamiętam morskie fale rozbijające się o kamienie, plakat z lwem na wystawie biura podróży i mojego ulubionego wówczas misia-maskotkę, który wpadł do wody w porcie i tyle go widziałam.


Wróciwszy do Dubrownika po wielu latach (już z przerobioną traumą po misiu), nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to miejsce jak żywcem wyjęte z pięknego folderu agencji podróży. W dodatku dubrownicka rzeczywistość wcale tak bardzo nie odstaje od fotoszopowanych zdjęć. A zwiedzający dostaje tu wszystko, po co przyjechał. Błękitne morze za kamiennymi murami, smażone kalmary, wąskie kamienne uliczki, ciemnozielone okiennice, jachty kołyszące się w porcie. W bonusie jest też cała seria plenerów, które grały w „Grze o tron”: tu przechadzała się Daenerys, tam upokorzono nagą Cersei, a jeszcze gdzie indziej kręcono sceny z Królewskiej Przystani. Amatorzy krwawej sagi nie będą zawiedzeni. Do tego dodać należy wielką mnogość miejsc, w których można zjeść posiłek, posłuchać muzyki na żywo, wypić kawę.



Robiąc zdjęcia, w zasadzie nie trzeba specjalnie szukać kadrów, bo wszędzie w zasięgu obiektywu jest coś zachwycającego. Widziany z góry, z perspektywy murów okalających miasto, Dubrownik wygląda jak morze czerwonych dachów, tworzące idealną układankę odcieni. I jeśli miałabym zaliczyć w Dubrowniku tylko jedną atrakcję turystyczną, wybrałabym spacer po murach miasta (do przejścia są ok. dwa kilometry, trasa zabiera około godziny). Najlepiej w godzinach porannych lub wieczornych, bo w środku dnia na murach jest najwięcej turystów, nie ma też jak schronić się przed morderczo prażącym słońcem.


Czytając o historii Dubrownika nabrałam przekonania, że nie można tego miejsca nie polubić. Tak jak się lubi osoby o nieco trudnym charakterze, którym udaje się żyć po swojemu mimo niesprzyjających okoliczności. Dubrownik uważany jest bowiem w Chorwacji za symbol oporu i niezależności.

Miasto założyli w VII wieku greccy i rzymscy uciekinierzy z położonego niedaleko miasta Epidaurum (dziś Cavtat), mając dość ataków Słowian. Uchodźcy osiedlili się na terenach dzisiejszego Starego Miasta, na wyspie Lausa (która później zmieniła nazwę na Ragusa). Pamiątką po nich jest regularny układ ulic.

Na lądzie naprzeciwko wyspy zamieszkali Słowianie, w osadzie nazwanej Dubrownik. I tu niespodzianka. Sąsiedzi żyli tak zgodnie, że postanowili zasypać dzielący obie osady przesmyk: dziś na jego miejscu jest główna ulica miasta - Stradun. Miasta połączyły się w jedyną swoim rodzaju wspólnotę kultur: łacińskiej i słowiańskiej.


Teoretycznie, Dubrownik znajdował się pod kontrolą Bizancjum, potem Wenecji, potem Węgier. W praktyce jednak był niezależnym miastem-państwem. Jego mieszkańcy cieszyli się wolnością w prowadzeniu handlu i interesów, a przy okazji świętym spokojem. W ten sposób dokonał się niemalże cud: pozbawione istotnego zaplecza lądowego i bogactw naturalnych niewielkie miasto wyrosło na potęgę handlową.


Najlepsze czasy zaczęły się jednak kończyć, kiedy po odkryciu Ameryki zmieniły się szlaki handlowe i porty śródziemnomorskie straciły na znaczeniu. Wstrząs, po którym miasto się już nie podniosło do poprzedniego stanu, spadł na nie wraz z trzęsieniem ziemi w 1667 roku. Ogromna (tym bardziej na ówczesne czasy) liczba pięciu tysięcy zabitych, zniszczone budynki, do tego napady bandytów z lądu - wszystko to sprawiło, że kwitnący dotąd Dubrownik zaczął się pogrążać w kryzysie. Republikę Dubrownicką zlikwidował formalnie Napoleon w 1808 roku, a miasto stało się prowincjonalnym portem handlowym.


W 1991 roku wojska Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, wspierane przez ochotników z Czarnogóry i Hercegowiny zajęły miejscowości turystyczne w okolicach Dubrownika i zaczęły atak. Bombardowanie miasta trwało od listopada 1991 do maja 1992 roku. Zniszczenia były duże, ale mury miasta okazały się na tyle solidne, że przetrzymały oblężenie, podobnie jak fortece Revelin i Św. Jana, w których chronili się cywile. Mieszkańcy obronili swoje miasto.


Żeby zrozumieć lepiej, co się tu działo, warto zajrzeć do War Photo Limited. W tym znajdującym się przy jednej z bocznych uliczek prywatnym muzeum można zobaczyć poruszającą wystawę zdjęć z lat 1991-1992. Oglądaliśmy w nim również zdjęcia zrobione podczas wojen, nie tylko tych bałkańskich. Miałam wrażenie, że akurat to muzeum jest w Dubrowniku bardzo na miejscu. A jego twórcy znaleźli poruszający sposób opowiadania o mniejszych i większych światowych konfliktach: z punktu widzenia zwykłych osób zamieszanych w nie przypadkiem i często wbrew własnej woli - bo taka geografia, bo zaszłości historyczne, bo głupi politycy…

Dla dziewiętnastowiecznych Chorwatów Dubrownik był „Atenami”- ideałem, jaki można osiągnąć w sferze politycznej i kulturalnej, a w XX wieku stał się symbolem oporu.

A mimo to…

W Dubrowniku najbardziej interesujące wydało mi się to, czego tam nie ma.


Po pierwsze, prawie nie ma brzydkich, zaniedbanych budynków. Są oczywiście pamiątki po wojnie - stare domy, z których została tylko jedna ściana, z malowniczym dzikim ogrodem rosnącym na miejscu dawnego salonu. Jest ich niewiele i myślę, że pełnią rolę antywojennego ostrzeżenia dla młodych pokoleń.

Przypomniały mi to, co podczas innej podróży widzieliśmy w centrum Belgradu: pozostawiono resztki zbombardowanego w 1999 roku przez NATO budynku Ministerstwa Obrony Narodowej.

Chodząc po murach obronnych Dubrownika, można wypatrzeć kilka „ostańców”, nie przerobionych jeszcze na pensjonat, restaurację czy sklep. Odstają od otoczenia, z odpadającym tynkiem, kwiatkami w przypadkowo zestawionych doniczkach i suszącym się na sznurze praniem. Poza kilkoma takimi wyjątkami, wszystkie budowle w mieście do siebie pasują i składają się na obraz miasta doskonałego - jak te budowane przez uzdolnione dzieci z bardzo drogich klocków. Dwa razy odbudowywany z ruin Dubrownik jest dla mnie żywą ilustracją irytującego powiedzonka, że „co nie zabije, to wzmocni”.


Po drugie, w obrębie Starego Miasta nie widać ani lokalnych dzieci, ani lokalnych staruszków. Rozumiem, że ta część miasta jest mała, więc nie mieści się w niej plac zabaw, ale nie udało nam się też wypatrzyć ani jednej huśtawki czy piaskownicy. Nie uświadczysz tu też tak charakterystycznego dla Bałkanów obrazka: starsi ludzie siedzą przed domem, gawędzą, popijają wino lub rakiję. Większość najmłodszych i najstarszych osób w tym mieście to najprawdopodobniej turyści, bo najwyraźniej prawdziwe życie toczy się gdzie indziej. Wyobrażam sobie, że rezydowanie w obrębie zabytkowych murów jest równie wygodne i relaksujące, jak mieszkanie przy rynku w Krakowie, przy Placu Świętego Marka w Wenecji czy przy Champs Elysées w Paryżu.


Po trzecie, spacerując po zatłoczonych uliczkach, mieliśmy wrażenie, że mijamy wyłącznie turystów z zagranicy: Francuzów, Włochów, Hindusów, Amerykanów, Niemców, Czechów, Polaków. Chorwacki słyszeliśmy w zasadzie tylko z ust osób w Dubrowniku pracujących, a nie urlopujących.


Pewne wyjaśnienie tej sytuacji widzę w prostym fakcie: Dubrownik bije rekordy, jeśli chodzi o opłaty za parking, pizzę i bilety wstępu do atrakcji turystycznych. Z tym ostatnim najlepiej poradzić sobie inwestując Dubrovnik Card, kartę zapewniającą zależnie od opcji wstęp do najważniejszych muzeów (ale nie prywatnych, więc za obejrzenie War Photo Limited zapłacimy osobno), na mury obronne oraz możliwość jazdy autobusami miejskimi oraz podmiejską „dziesiątką” kursującą do Cavtat.


Mieliśmy też serię dziwnych przygód z bankomatami, z których część ku zaskoczeniu klienta nalicza prowizję i nie pozwala zrezygnować z transakcji bez wypłacenia wybranej kwoty (minus prowizja). Dodam, że zwykle kantory oferują lepszy kurs niż bankomaty. Nigdy przedtem nie widziałam miejsca z taką ilością maszyn do wypłacania gotówki. Siedząc w kawiarni naliczyliśmy ich dziesięć w zasięgu wzroku, bez ruszania się z fotela. Doprawdy, jak wypłacać pieniądze, to tylko w Dubrowniku!

Dbałość o wizualną spójność miasta dotyczy też małej architektury: miejskie lampy i szyldy są wyrojone według jednego wzoru. Nie ma szaleńczej pstrokacizny przeciwsłonecznych parasoli w kawiarnianych ogródkach. Wiem, że przybywając z kraju ogarniętego ostrą szyldozą i nieuleczalną pastelozą, doprawdy nie powinnam się czepiać akurat kwestii uporządkowania miejskiej przestrzeni. Mam jednak wrażenie, że niemiecki porządek odbiera cząstkę bałkańskiej duszy tego niepokornego miasta.


Na wypieszczonych ulicach Starego Miasta nie widać ani jednego śmiecia, niedopałka, puszki po piwie, papierka. W ciągu weekendu nie zauważyliśmy też nikogo, kto by sprzątał. Może bezszelestna obsługa zamiata ulice w absurdalnych godzinach, jak w bardzo drogim hotelu? A może uroda miasta łagodzi obyczaje i przyjeżdżający tu ludzie nie śmiecą? Bardzo by mi się to podobało.


Nie ma też nikogo, kto by żebrał. Nikt nie zalega przy wejściach do kościołów, nikt nie zakłóca posiłku w ogródku restauracji. W niektórych miejscach grają uliczni grajkowie, ale i to nie jest puszczone na żywioł. Wszystko sprawia wrażenie idealnej organizacji, rygorystycznego licencjonowania i ścisłej kontroli. Co, jak trochę nad tym się zastanowić, jest trochę przerażające.


Z jednej strony rozumiem tę potrzebę porządku i kontroli. W czasach przedcovidowych miasto oblężone było przez turystów, zarówno tych, którzy przyjeżdżają na dłuższy pobyt, jak i tych, którzy spędzają tu jeden dzień, w ramach przerwy w rejsie ogromnym wycieczkowym statkiem. Jak sytuacja będzie wyglądać w tym sezonie, trudno powiedzieć - czytałam już na przykład o planach ograniczania ilości osób wpuszczanych do Starego Miasta.

Chęć zapanowania nad przelewającymi się przez niewielką przestrzeń masami ludzi wydaje mi się uzasadniona. Z drugiej strony, właśnie to porządkowanie i regulowanie zamienia miejską przestrzeń w skansen, lub, jak kto woli, Disneyland.

Dopiero po powrocie zdałam sobie sprawę, że Dubrownik nie przypomina atmosferą innych starych portowych miast w południowej Europie. Niby powinien, bo wszystkie elementy są na swoim miejscu, ale jednak nie. Na przykład hałaśliwy i dość chaotyczny Split można by pomylić z jakimś włoskim portem. Dubrownik nie. Brak mu tego elementu bałaganu, spontaniczności, „dziania się”. Dzięki temu mamy wrażenie, że miasto żyje, że mieszkają w nim ludzie przez cały rok. Dawno temu w Sienie zachwyciło mnie, że jej mieszkańcy nie przejmują się zbytnio turystami i po prostu robią swoje.


W Dubrowniku ma się wrażenie, że zwykłe prozaiczne życie wycofało się za mury. Poza obrębem Starego Miasta są (czasem lekko przykurzone) sklepy spożywcze o mało pociągającym asortymencie, rozczulające galerie handlowe jak w Polsce za czasów wczesnej transformacji, jest port ze statkami, które nie zawsze lśnią czystością i nowością, są niewystylizowani ludzie, bezpańskie psy, zdarzają się zwały gruzu i śmieci, zarośnięte trawniki, niestrzyżone krzaki przepięknie kwitnących oleandrów, restauracje z normalnymi cenami, nieumyte szyby w oknach, dzikie sady, hałaśliwe targi z rybami, warzywami i podróbkami, podwórka z bawiącymi się dziećmi. Czyli wszystko to, co spotkać można w każdym większym śródziemnomorskim mieście.


Historycznej części Dubrownika autentyzmu dodają tylko wiszące na sznurach koszule i prześcieradła, choć niektóre są tak malownicze, że zastanawiałam się, czy nie stanowią części dekoracji.


Stare Miasto ma dość specyficzną atmosferę, która przypomina mi Dubaj. Albo Monako. I obawiam się, że to nie jest komplement. Widzę je jako wypieszczony, dopracowany w każdym detalu i starannie opakowany produkt dla zamożnego turysty. Szczególnie bolesne jest dla mnie słowo „produkt”, bo piękne historyczne miasto zasługuje na coś więcej. Dubrownik kojarzy mi się też z niewielkim, ale bardzo drogo i z wielkim smakiem urządzonym mieszkaniem. Albo raczej hotelem, bo w Starym Mieście na stałe raczej nie mieszka nikt, kto nie musi.


Pobyt w Dubrowniku uświadomił mi, że czasem miasta padają ofiarą swojej urody. Jak piękne gwiazdy filmowe obsadzane zawsze w sztampowych rolach.

Dubrownik jest dla mnie zbyt piękny, żeby był prawdziwy.

71 wyświetlenia1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Remedium