Biennale. Półgłosem

O najważniejszych sprawach lepiej mówić cichym tonem. Łatwiej też wtedy zauważyć tych, którzy głosu nie mają albo których głos nie jest wystarczająco donośny, by przebić się w epoce wrzasku.
In minor keys, w tonacji molowej - to wiodący temat tegorocznego Biennale w Wenecji. Wymarzyła go sobie Koyo Kouoh, kuratorka wystawy, która zmarła nagle i nie zdążyła zobaczyć efektów swojej pracy. Jej współpracownicy postawili sobie zatem za cel, by wystawa wyglądała tak, jak tego chciała Koyo.

Jeśli chcesz, by cię wysłuchano, ścisz głos zamiast krzyczeć. Uczą tego na kursach technik negocjacji.
Co pozostaje w czasach chaosu i niepewności? Pieśni śpiewane wśród ruin. Przebłyski piękna i dobra, które leczą rany. Pociecha płynąca z poezji. Odbudowywanie kawałek po kawałeczku zrujnowanego świata. Małe wysepki odmienności w oceanach konformizmu. Byłoby nam ciężej, gdyby nie oazy i schrony, rodziny i grupy wsparcia, wiara w znaczenie drobnych zmian i solidarność małych wspólnot. Mnie więcej takie jest przesłanie manifestu kuratorów Biennale, jaki można przeczytać w materiałach prasowych i przy wejściu do głównego pawilonu. Niestety, skandale i awantury towarzyszące inauguracji Biennale pokazały dobitnie, że idea sobie, a życie sobie. Kiedy rządzący imperiami psychopaci kierują się prostą zasadą, że „większy zjada mniejszego”, głosy w minorowej tonacji są ledwo słyszalne. Czy cichsze głosy są przez to mniej ważne? Absolutnie nie. Nie sądzę jednak, by udało się im połączyć w naprawiającą świat symfonię.

Zanim napiszę o najciekawszych częściach wystawy, wspomnę z kronikarskiego obowiązku o tych, które wydały mi się najsłabsze. Lista jest krótka, ale treściwa.
• Pawilon rosyjski otwarty był tylko podczas oficjalnej inauguracji biennale. Potem tę część wystawy zamknięto, ale i tak zza zatrzaśniętych drzwi pawilonu dobywają się wesołe pienia.
• Pawilon amerykański jest czynny, ale wypełniony sztuką tak mdłą, że mogłoby go nie być. Zatęskniłam do fantastycznych rzeźb Simone Leigh sprzed czterech lat.
• Pawilon Luksemburga zaprezentował instalację wideo zatytułowaną La Merde. Treść niestety adekwatna. I pewnie mam drobnomieszczański gust, ale gadająca kupa to zdecydowanie nie moja bajka.

O czym się opowiada ściszonym głosem? O pięknie, którego nie chcemy spłoszyć. O rzeczach bardzo intymnych. O tajemnicach. Po cichu mówimy też sobie o strachu, traumie i bólu.
Wszystko to odnalazłam na tegorocznym Biennale. Opowieści w molowej tonacji nie ułożyły mi się ani w harmonijny chór, ani w kakofonię. Raczej w serię solowych występów, z których najciekawsze zebrałam poniżej, grupując je w tematyczne akordy.
Pamięć /tożsamość
Przeszłość - bolesna, nostalgiczna, sielankowa. Zakonserwowana na zdjęciu jak motyl w gablocie. Chroniona przed utratą. Czasami zmanipulowana i przekłamana. Zmieniająca się z upływem czasu, bo ludzkiej pamięci nie można ufać.

Oriol Vilanova, The Remains, 2026, Pawilon hiszpański /Giardini
Jeśli wierzyć popkulturze, marzeniem osoby zakochanej w pieniądzach bywa wytapetowanie mieszkania studolarówkami. A co kocha Oriol Vilanova, który wykleja swoją przestrzeń nośnikami pamięci? Wszystkie ściany pawilonu hiszpańskiego zostały pokryte pocztówkami, które artysta zbiera od dwudziestu lat.

Emblematy, turystyczne miejsca, wytarte symbole, ładne widoczki. Wizualne zapiski z podróży, dość specyficzne, bo nie wychodzące poza bezpieczną strefę najbardziej znanych miejsc i najpopularniejszych atrakcji. W efekcie dostajemy pozbawiony głębi zapis stereotypów.
Kolorowe pamiątki pozbawione są też, paradoksalnie, elementu najbardziej charakterystycznego dla pamiątek - czyli emocji. Emocje - czyli, dla mnie, treść kartek wysyłanych bliskim z podróży – są być może ukryte po drugiej stronie pocztówki.

Obrazków jest wiele, ale trudno zapamiętać więcej niż kilka z nich. Przywiodło mi to na myśl wypełnione miliardami zdjęć platformy społecznościowe. W których często jest forma, ale na próżno szukać treści.

Predrag Djaković, Through Golgota to Resurection, 2026, Pawilon serbski /Giardini
„Archeologia europejskich ran”, napisał ktoś o tej wystawie. Uważam, że celnie. Nagromadzenie materiału wizualnego jest tutaj podobne jak w pawilonie hiszpańskim: ściany oklejone są od góry do dołu zdjęciami, banknotami, dokumentami, wycinkami z gazet, mapami, rządowymi ogłoszeniami. Ciężar gatunkowy jest jednak znacznie większy. Nie ma tu linearnej narracji ani chronologii. Wszystko się miesza, tak jak w ułomnej ludzkiej pamięci.

Jest Bóg Rzeczy Wielkich i Bóg Rzeczy Małych, pisała dawno temu Arundhati Roy. Serbska wystawa opowiada o obu bóstwach - o narodowej historii przeżywanej na poziomie jednostkowego ludzkiego losu.

Ogromny kolaż stworzony z różnego rodzaju pamiątek, prywatnych i urzędowych, niesie wielki ładunek emocjonalny. Jak w kotle mieszają się tu piękne momenty, wielkie nieszczęścia, kolejne zwroty w historii. Wszystko to pozwala fizycznie odczuć wielki wir, w jaki jesteśmy wciągani jako żyjące tu i teraz bezradne jednostki.

Kontrapunktem dla zdjęć i dokumentów jest ściana zbudowana z walizek. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie walizki zawsze są trochę niepokojące. Nie w sensie kłopotów z ew. nadbagażem na lotnisku, ale tego, co w nich - metaforycznie - przechowujemy. Walizki w serbskim pawilonie są jeszcze gorsze. Ułożone w przestrzeni wypełnionej świadectwami przeszłości, kazały mi się zastanowić na tym, czy to my sami pakujemy naszą walizę? Czy też całkiem sporo ładunku dorzucają nam do niej historia i polityka?

Dana Awartani, May your tears never dry, you who weep over stones / Niech twe łzy nigdy nie wysychają, ty, który płaczesz nad kamieniami, 2026, Pawilon Arabii Saudyjskiej, Arsenale
30 tysięcy ręcznie robionych elementów. Zbudowana jest z nich ogromna mozaika. Nie są to elementy przypadkowe - na wielki obraz składają się malutkie repliki fragmentów mozaik, które liczą sobie niekiedy tysiące lat i które znalazły się na terenach objętych zbrojnymi konfliktami.

Wzory, które Dana Awartani wykorzystała do ułożenia swojej mozaiki pochodzą z kościołów, klasztorów, karawanserajów, pałaców, synagog i stanowisk archeologicznych znajdujących się na terenie Syrii, Izraela i Palestyny. Praca saudyjskiej artystki wydała mi się smutna jak lament nad bezcennymi rzeczami niszczonymi przez głupców.

Dom /pamięć /przestrzeń
Czym jest stały adres? Może to dom, w którym właśnie mieszkamy? A może ten, z którym wiążą nas najważniejsze wspomnienia?
Geographies of Distance, 2026, Pawilon indyjski /Arsenale
Pawilon indyjski przedstawia prace czworga twórców. Wszyscy, na swój własny sposób, mówią o tym, co przemija. Zafascynował mnie także fakt, że prace bardzo różnych artystów używających odmiennych materiałów układają się w spójną, przemyślaną całość.

Sumakshi Singh, Permanent Address, 2026, Pawilon indyjski /Arsenale
Resztki domu utkane są z nici jedwabnych, bawełnianych i nylonowych. Wyglądają jak pajęczyna zachowana tylko we fragmentach, bo i nasze wspomnienia są dziurawe. Praca Sumakshi Singh zatytułowana jest Stały adres. Kiedyś dla artystki był nim dom przy 33 Link Road w New Delhi, w którym spędziła dzieciństwo. Dziś pod tym adresem nie ma już domu. Ale adres wyryty w pamięci okazał się trwalszy niż ceglane mury, żeliwne schody i wysublimowane dekoracje zdobiące ściany budynku.

Myśl o domu okazuje się trwalsza od jego murów. Nie przez przypadek słowo tekst pochodzi od łacińskiego texere, czyli tkać. Mężczyźni wznoszą budowle. Kobiety snują opowieści. Jedni i drudzy stwarzają ważne rzeczy.

Asim Waqif, Chaal, 2026, Pawilon indyjski /Arsenale
Domostwu z koronki towarzyszy bardzo solidna instalacja tuż obok. Tradycyjne indyjskie rusztowanie wzniesione jest z misternie powiązanych ze sobą bambusowych drągów. W przeciwieństwie do efemerycznego domu sprawia wrażenia bardzo solidnego. Tymczasem jest odwrotnie - tradycyjne rusztowania przestają mieć rację bytu w czasach, w których coraz więcej budynków wznosi się nowoczesnymi metodami, ze szkła i stali. Trwała okazuje się więc tylko pamięć.

Ranjani Shettar, Under the Same Sky, 2026, Pawilon indyjski /Arsenale
Wiszący ogród budzi skojarzenia z jednym z cudów świata. Utkane z bawełny wielkie kwiaty, pąki i liście wyglądają, jakby płynęły w powietrzu. Ogród jest zachwycający, ale niedosięgły. Jak chmura, która zachwyca kształtem, ale lada moment się rozwieje. Nie da się chyba lepiej oddać ulotności piękna.

Alwar Balasubramaniam (Bala), Not Just For Us, 2026, Pawilon indyjski /Arsenale
Obok kwiatowego ogrodu jest ściana opowiadająca - moim zdaniem - o strachu. Forma tej pracy jest oszczędna: widzimy spękaną, spieczoną upałem ziemię pozbawioną wody. Tak według mnie wygląda brak życia i przy okazji - brak nadziei.

Skarma Sonam Tashi, Echoes of Home, 2026, Pawilon indyjski/ Arsenale
Na piętrze pawilonu znowu jest ziemia, ale w innej postaci. Skarma Sonan Tashi zbudował makietę glinianych domów z górskiego regionu Ladakh. Stawiane były przez pokolenia, jedne na drugich, piętrowo. Dzisiaj wypiera je nowoczesne budownictwo. W ten sposób opowieść o tym co trwałe oraz o tym, co szybko przemija zamyka się w pętlę.

Lubaina Himid, Predicting History: Testing Translation, 2025-26, Pawilon brytyjski /Giardini
Jak urządzić dom tam, gdzie nie witają nas serdecznie? Czy można zacząć przynależeć do nowego miejsca, jeśli korzenie mamy zupełnie gdzie indziej? Pochodząca z Zanzibaru brytyjska artystka Lubaina Himid maluje tych, co gotują, budują, szyją ubrania i troszczą się o nowy dom. Niekoniecznie są jednak mile widziani przez zasiedziałych mieszkańców.
Bajecznie kolorowe obrazy opowiadają o smutnej prawdzie: jakbyście się nie starali, w miejscu, do którego byliście zmuszeni emigrować nie poczujecie się jak w domu.

Amina Agueznay, Asetta, 2025-26, Pawilon Maroka /Arsenale
Słowo âatba oznacza po arabsku próg. Czyli moment przejścia między wewnątrz a zewnątrz, między tym, co publiczne i tym co prywatne, świeckie i święte, jawne i skrywane. Instalacja Aminy Agueznay składa się z sekwencji tkanych struktur, przypominających zasłony, parawany i przepierzenia. Dzięki temu odwiedzający wystawę przechodzą pomiędzy różnymi przestrzeniami.

Misterne plecionki i tkaniny rozwieszone w marokańskim pawilonie przypominają o tym, że kategoryczne rozdzielanie sztuki od rzemiosła bywa często krzywdzące dla tego drugiego.
Artystka daje wybrzmieć głosom skromnych tkaczek, wpisując się w ideę molowej tonacji - i chwała jej za to.

Wojna /niepokój /utrata
Czy były kiedyś na świecie spokojne czasy? Szczerze wątpię. Myślę, że mieliśmy chwilę spokoju w Europie, odpowiadającą latom 90-tym - choć też nie do końca, bo przydarzyła się wojna w Jugosławii. To, co prezentują artyści na Biennale pozwala pożegnać się z mitem końca historii, jeśli ktokolwiek miał jeszcze w tej sprawie jakieś złudzenia.

Zhanna Kadyrova, Security Guarantees, 2019 /Giardini
Jelonek origami wisi tuż przy wejściu do Ogrodów Biennale. To bardzo dobre miejsce, bo minąć go muszą wszyscy zwiedzający. Jelonek jest zawieszony na dźwigu, jakby w pół gestu, w oczekiwaniu na kolejną przeprowadzkę. Ukraińska artystka Zhanna Kadyrova ustawiła go najpierw w 2019 roku, w Pokrowsku w regionie Doniecka. Zastąpił rosyjski samolot z czasów II wojny światowej i miał być jelonkiem pokoju. No i nie pobył. Po rosyjskim ataku trzeba było go przewieźć w bezpieczniejsze miejsce. Od tamtego czasu jelonek sporo podróżuje: był w Warszawie, Brukseli i Wiedniu zanim dojechał do Wenecji.

Sawangwongse Yawnghwe, People’e desire, 2018 /Arsenale.
Rzadko która praca na Biennale przyciąga tyle uwagi, co procesja malutkich glinianych figurek. Ustawiona na stole instalacja ma sześć metrów długości/Wszystkie gliniane postaci idą w tym samym kierunku, część na łodziach, część być może w trumnach, niektórzy niosą zawiniątka, inni - dzieci. Towarzyszą im nieliczne zwierzęta przypominające krowy, świnie lub psy. Praca birmańskiej artystki intryguje formą - a ponurą opowieść każdy sobie pewnie potrafi dośpiewać.
Apokalipsa /dystopia
W czasie trwania tegorocznego Biennale przydarzyły się fale morderczych upałów, koryta kilku rzek wyschły do niebezpiecznego poziomu, pożary pustoszyły wielkie połacie lasów, gwałtowne powodzie doprowadziły do śmierci wielu setek osób na pograniczu Tybetu i Nepalu, a listę pomniejszych katastrof można by rozwijać godzinami. Jednym ze stale powracających tematów jest więc czas apokalipsy.

Norton Maza, Inter-Reality, 2026, Pawilon Chile /Arsenale
Na środku wielkiej sali umieszczono coś, co wygląda jak fragment statku kosmicznego. Geometryczna biała struktura ma gładkie ściany. Są w nich dziurki, przez które można zajrzeć do środka. Widać przez nie podświetloną dioramę: pejzaż z dżunglą, rozbitymi pociskami, pożarami i zgliszczami. Bystre oko wypatrzy też ludzką postać w jaskrawoczerwonej bejsbolówce.

Na zewnątrz artysta umieszcza wiele intrygujących elementów. Najbardziej zaciekawiła mnie hiperrealistyczna postać usiłującego się dostać do wnętrza kapsuły mężczyzny. Jest nie do odróżnienia od prawdziwych widzów, którzy zaglądają przez dziurki do wnętrza instalacji.

Obok kapsuły widać złamany słup elektryczny i siedzącego na nim orla z krwawym ochłapem w szponach. Są też samolotowe schodki z zawieszonym na nich kaskiem. Patrząc na instalację Nortona Mazy myślałam sobie, że to gotowy szkic do katastroficznej powieści.
Bunt /memento
Dźwięk uruchamianego przez akrobatkę dzwonu miesza się co godzinę z kościelnymi dzwonami w starej części Wenecji. Wściekłe panny młode przypominają o tym, że zawsze można stawiać opór. Koktajl mołotowa w butelce po różowym szampanie przypomniał mi też, że jeszcze nie zamknęłyśmy parasolek.

Florentina Holzinger, Seaworld Venice, Pawilon austriacki /Giardini.
Jeśli bym miała powiedzieć, który pawilon narobił w tym roku najwięcej hałasu, wskazałabym właśnie ten. Nie tylko dosłownie - bo z pawilonu rozlega się bicie dzwonu i wycie syren. Także w przenośni, bo zdjęcia nagiej kobiety pełniącej rolę serca dzwonu obiegały Internet od inauguracji Biennale.
Dzieło reprezentujące kraj bez dostępu do morza opowiada, a jakże, o oceanach. Austriacka artystka przygotowała spektakl na kilku scenach. Jest zatem wiatrowskaz ze wspinającą się na niego kobietą. Jest pokaz szybkiej jazdy skuterem wodnym, który ochlapuje wodą widzów znajdujących się zbyt blisko sceny. Jest kobieta, która całe dnie spędza w akwarium napełnianym wodą uzyskaną z oczyszczonych sików widzów Biennale. Są wreszcie syreny z tonącego wycieczkowca, które odzywają się co jakiś czas jak złowieszcze memento.

Żeby zobaczyć to wszystko trzeba czekać w długaśnej kolejce (godzina stania co najmniej, jeśli traficie pod pawilon tuż po otwarciu Giardini). Bez kolejki można natomiast obejrzeć występ na zewnątrz pawilonu.
Z wybiciem każdej równej godziny do zawieszonego na dźwigu dzwonu wchodzi kobieta. Jej rolą jest wydobycie z dzwonu dźwięku. Dzwon ma być natomiast ostrzeżeniem przed nadchodzącą katastrofą. Ja odczytałam wszystko opacznie. Uderzanie własnym ciałem w żelazny dzwon przypomina mi tortury, a gromadzący się pod widowiskiem spontaniczny tłum nieprzyjemnie przywodzi na myśl obrazki z publicznych egzekucji.

Twoje ciało to pole bitwy, pisała Barbara Kruger na swojej słynnej instalacji. W wydaniu Holzinger ciała nie są polem bitwy, lecz należą do wojowniczek. Atletyczne nagie kobiety w skórzanych uprzężach panują nad spektaklem. Mam wrażenie, że emanują siłą i daleko im do uciemiężenia.

Yoshiko Shimada, Pink Molotov Cocktail, 2023 /Giardini
Podróże kształcą. Można się po pierwsze dowiedzieć, że kobiety w Japonii wcale nie mają lepiej niż kobiety w Polsce, jeśli chodzi o ich podstawowe prawa. Po drugie, można odkryć, że japoński odpowiednik naszych Czarnych Parasolek ma zjadliwie różowy kolor i postać kasków.

Yoshiko Shimada Resurrection 2023, Battle Against J.A.M.S, 2023 /Giardini
Yoshiko Shimada pracuje od wczesnych lat 90-tych. Od początku XXI wieku jej prace nie bywają w Japonii pokazywane, bo nie są zgodne z oficjalną doktryną, która jest dość antykobieca. Shimada opowiada o kobiecym buncie. Mówi między innymi o feministycznej grupie Chū-pi-ren, działającej od lat 70-tych. Ubrane w charakterystyczne różowe hełmy, kobiety z tej grupy walczyły o dostęp do antykoncepcji. Do dzisiaj to jedyny ruch feministyczny w Japonii, który kiedykolwiek startował w ogólnokrajowych wyborach.

Leonilda Gonzàlez, seria Novias Revolucionarias, 1968.
Rewolucyjne Panny Młode mnie oczarowały. To praca nienowa - Panny narodziły się bowiem w 1968 roku. Dzisiaj są więc nie tyle pannami młodymi, co ciotkami rewolucji. Na początku cykl namalowany przez Gonzalez odczytywany był jako sprzeciw wobec patriarchatu i tradycyjnego małżeństwa. Na początku lat 70-tych zreinterpretowany został jako bunt wobec brutalnego wojskowego reżimu w Urugwaju.

Język / słowo / komunikacja
Manipulacja, dezinformacja, półprawda. Brak odpowiedzialności za rozpowszechnianie kłamstw. Dewaluacja pojęć. Nowy katalog stygmatyzujących określeń. Najwyższa pora zacząć przejmować się słowami.
Miet Warlop, It Never Ssst, 2026, Pawilon belgijski /Giardini
Na początek zastrzeżenie - wystawę widziałam tylko w połowie, ograniczonej do eksponatów w pawilonie belgijskim. Drugą jej część stanowi muzyczno-pantomimiczny spektakl, na który się nie załapaliśmy.

Pogrupowane gipsowe sylaby przywiodły mi na myśl przegródki z czcionkami w warsztacie zecerskim (ktoś jeszcze kojarzy, co robił zecer?). Litery gotowe są do użycia w rozmaitych kombinacjach. Można ułożyć z nich dowolne treści. Papier jest cierpliwy, a kombinacji liter jest nieskończenie wiele.

Kemang Wa Lehulere, I bleach my words for your comfort, RPA, 2026 / Arsenale
Coś, co wygląda jak biblioteka, jest tylko jej atrapą. Na półkach zamiast siedmiuset książek stoki siedemset cegieł przebranych za książki. Pomiędzy nimi umieszczono gipsowe odlewy dłoni pokazujące litery migowego alfabetu.

Afrykańskie przysłowie mówi, że kiedy stara osoba umiera, to tak jakby spłonęła biblioteka.
Kiedy wiedza i mądrość przekazywane są ustnie z pokolenia na pokolenie, starsi ludzie pełnią rolę żywych archiwów. O czym zatem jest ta praca? O wartości wspomnień i doświadczeń? A może o cenzurze? Kiedy książki są zakazane, wracamy do homeryckiej epoki ustnego przekazywania wiedzy.

Wybielam moje słowa, byś czuł się dobrze, zapowiada tytuł instalacji. Trudno nie zobaczyć w tym aluzji do autocenzury. Kiedy trzeba przyglądać się każdemu słowu, by kogoś nie urazić, dyskusja na ważne tematy staje się coraz trudniejsza. Zamiast istotnej treści mamy cegłę. Zamiast źródeł wiedzy mamy tylko wygładzoną atrapę.

Bogna Burska, Daniel Kotowski, Języki z wody, Pawilon polski /Giardini
Chór w Ruchu, złożony z osób Głuchych i słyszących, w czerwonych strojach i czerwonych kaloszach, bo stoi po kostki w wodzie, daje koncert w dość ponurym nadrzecznym krajobrazie. Tak wyglądałby klasyczny chór ze starożytnego greckiego teatru, gdyby przyśnił się na przykład Salvadorowi Dalí. Nie mogłam od tego występu oderwać oczu.

Kiedy chór przenosi się pod wodę, język foniczny traci sens. Coś, co na powierzchni jest dominującym głosem, w innym otoczeniu okazuje się niezrozumiałe i bezużyteczne.
Można się z tej przemiany całkiem sporo nauczyć. Na przykład o tym, jak pięknie odradza się to, co wydawało się skazane na zagładę.

Nie na darmo twórcy spektaklu odwołują się do Pieśni Humbaków Rogera Payne’a. Payne nagrał w latach 70-tych śpiewające wieloryby - gdyby świat nie dowiedział się o inteligencji i kulturze tych zwierząt, zostałyby wybite do nogi (a raczej do płetwy). Występ niezwykłego czerwonego chóru pozwala też inaczej spojrzeć na głuchotę - rozumianą nie jako niepełnosprawność, lecz jako odrębną kulturę. Zaiste, język migowy jest piękny dla oka.
Medytacja /wyciszenie
Molowa tonacja może czasami oznaczać prawie całkowitą ciszę. Na wystawie można zatem znaleźć przestrzenie, w których panuje atmosfera spokojnej medytacji, w których uwaga widza zwrócona jest do wewnątrz.

Armen Agop, Silence Pavilion: Between the Tangible and the Intangible, 2026, Pawilon egipski /Giardini
Nie każda sztuka musi krzyczeć, ale powinna oddziaływać na odbiorcę. Nie oznacza to jednak, że zawsze musi nim wstrząsać. Może też na przykład widza uspokajać. Czy będzie przez to mniej ważna? Pawilon egipski wpisuje się w koncepcję molowej tonacji: przyciemniona, prawie pusta, wypełniona delikatnym zapachem przestrzeń wydała mi się wyrazem cichego buntu wobec hałaśliwego spektaklu, tłoku, gonitwy myśli i poszukiwania coraz mocniejszych wrażeń.

W środku egipskiego pawilonu znajdziecie abstrakcyjne wielkoformatowe płótno w tonach medytacyjnego fioletu oraz obłe kształty z granitu, który - według artysty - jest geologicznym zapisem czasu. Jedną z granitowych rzeźb można głaskać - odpowiada wtedy przyjemnym leciutkim rezonansem. W pomieszczeniach rozpylany jest zapach kwiatów lotosu, budzącego skojarzenia z praktykami religijnymi w starożytnym Egipcie. Delikatne tło dźwiękowe odpowiada rytmowi oddechu i bicia serca. Była kiedyś piosenka o dźwięku ciszy. Armen Agop nadaje ciszy kształt. I to jest bardzo piękne.

Haitham Al Busafi, Zinah/Adornment, 2026, Pawilon Omanu /Arsenale
Rzadko się zdarza, by na wystawie móc zdjąć buty, wejść na sam środek dzieła sztuki i pobrodzić w chłodnym piasku. Piasek przywieziono z pustyni w Omanie, nad głową będziecie natomiast mieli coś, co przypomina sklepienie jaskini ze srebrnymi stalagmitami.

Inspiracją dla artysty było jednak coś innego niż geologia. A mianowicie: arabski zwyczaj przystrajania wierzchowców srebrnymi czaprakami. W tej tradycji i koń i jeździec przystrojeni są w podobny sposób, ponieważ stanowią jedność.

Chiara Camoni, Con te con tutto, 2026, Pawilon włoski /Arsenale
Figury przypominające pradawne bóstwa zrobione są gliny, gałązek, kawałków tkanin i ceramiki. Chodzenie pomiędzy nimi daje przedziwne uczucie przynależności, bycia tu i teraz. Dwadzieścia cztery ceramiczne postaci nie tyle służą do oglądania, lecz stwarzają obecność.

Pawilon włoski jest miejscem, w którym zwiedzający zwalniają tempo. Stojące w półmroku postaci są podobnego wzrostu, co przechadzający się pomiędzy nimi ludzie. Przestrzeń nabiera dzięki temu charaketru baśniowej agory, w której spotykają się postaci ludzkie i nadprzyrodzone. Doświadczenie tego wydało mi się dość niezwykłe.

Ei Arakawa-Nash, Grass Babies, Moon Babies, 2026, Pawilon japoński /Giardini
Japoński pawilon obsiadnięty przez niemowlęta zadziwił nas chyba najbardziej. Jest w nim najwięcej zwiedzających, a wystawa działa najwyraźniej jak rodzaj terapii. Lalki można na czas zwiedzania wypożyczyć. Wśród zwiedzających jest więc mnóstwo mężczyzn i kobiet tulących sztuczne bobasy. Na koniec można wypożyczonemu dziecku zmienić pieluszkę, a następnie, po zeskanowaniu kodu QR, otrzymać na pamiątkę wierszyk odnoszący się do daty urodzin sztucznego niemowlęcia.

Dzieci zaludniające japoński pawilon wyglądają jak z folderu reklamującego rodzicielstwo - śliczne, ładnie ubrane, bezproblemowe. Duża część pokazana jest w sytuacjach, które doprowadziłyby do odebrania praw rodzicielskich opiekunom - bobasy wspinają się na gzymsy, zwisają z rusztować, wspinają się na wysokie meble i poręcze balkonów.

Wszystkie dzieciaki noszą słoneczne okulary. Wyglądają cool, ale nawiązanie z nimi wzrokowego kontaktu jest niemożliwe. Można je przez jakiś czas poprzytulać, ale nie da się spojrzeć im w oczy.
Myślę, że to zabieg celowy, bo tym łatwiej jest się z taką lalką rozstać. I w tym momencie zaczyna mi się robić nieprzyjemnie – piękne niemowlęta są tylko chwilową rozrywką, krótkim doświadczeniem bezproblemowego rodzicielstwa bez zobowiązań. Za bardzo przypomina mi to zajęcia z puppy jogi, podczas których uczestnicy ćwiczą w towarzystwie ślicznych szczeniaczków, po czym wszyscy rozchodzą się w swoim kierunku. Wnikliwy zwiedzający wyczyta też z materiałów towarzyszących wystawie dość niepokojącą opowieść o surogacji. Koniec końców japoński pawilon nie wypada już wcale tak słodko.

Na koniec kilka porad
• Tegoroczne Biennale można oglądać do 22 listopada. Od 29 września wystawa otwarta jest w godzinach 10-18. Uwaga: niektóre pawilony są zamknięte w niektóre dni (Niderlandy, Austria), Pawilon Belgijski w wyznaczonych dniach i godzinach zaprasza na spektakle. Dokładne informacje sprawdzicie na www.biennale.org
• Wystawa nieczynna jest w poniedziałki (poza 16 listopada). Najmniej zwiedzających jest w niedzielę po południu, najwięcej - w sobotę.
• Bilety najlepiej kupić on-line, na labiennale.vivaticket.it
• Głównymi terenami ekspozycji są Giardini oraz Arsenale, ale w całym mieście znajdziecie mnóstwo lokalizacji goszczących narodowe wystawy i wydarzenia towarzyszące. Do większości tych miejsc wstęp jest bezpłatny.
• Bilet jednorazowy za 30 euro zapewnia jedno wejście do Arsenale i jedno do Giardini. Do każdego z tych miejsc można wejść w różnych dniach, np. do Giardini w niedzielę, a do Arsenale we wtorek.
• Jeśli jesteście w Wenecji na dłużej, warto rozważyć bilet trzydniowy za 40 euro, ważny przez kolejne trzy dni. Można wtedy wchodzić na wszystkie wystawy, ile razy się chce. Dni, w których wystawa jest zamknięta, nie są wliczane. Za 50 euro można kupić bilet tygodniowy.




Komentarze