• Katarzyna Stachowicz

W nowym świetle

Zaktualizowano: kwi 11

Po jednej z pierwszych edycji Festiwalu Światła na warszawskim Wilanowie miałam naprawdę dosyć. Siarczysty mróz, tłoczący się spragnieni rozrywki współmieszkańcy dość szarego (jeszcze wówczas) miasta, do tego stres, żeby w ciemności poznać, które dzieci są moje… Po kilkudziesięciu minutach tej zabawy wiedziałam już, że nigdy więcej.


Później wybraliśmy się jednak na pokaz podświetlanych fontann nad Wisłą (i żałowaliśmy). Pani z hotelowej recepcji w Rouen, zachwalająca zeszłego lata wieczorny spektakl na placu katedralnym nie wzbudziła zatem wielkiego entuzjazmu w żadnym z członków naszej niewielkiej wycieczki. Okazało się jednak, że zawsze warto zmienić poglądy - przecież po to one są, jak wiemy z książek o Patricku Melrose.

Podróż przez północną Francję to dla mnie przede wszystkim szlak naleśników, niepewnej pogody i katedr. Kwestie kulinarno-meteorologiczne pozostawiam na razie na inną okazję. A co do katedr, zawsze wydawało mi się, że nie potrzebują dodatkowych atrakcji, by przyciągnąć turystów. Ich uroda sama się broni. Tak trwałam w błogiej nieświadomości, znajomość z katedrami odnawiając tylko poprzez eseje Zbigniewa Herberta, bo przez kilka lat nie podróżowaliśmy do Francji.

Dopiero więc w zeszłym roku odkryliśmy, że co katedra, to iluminacja. Aż sprawdziłam w Internecie: Strasburg, Reims, Rouen, Nantes, Metz, Chartres, Orlean, Bayeux, Amiens... I to na pewno nie jest kompletna lista. Na początku przypisałam to nerwicowej rywalizacji między miastami. I natychmiast przypomniały mi się moje dwie ciotki, które ścigały się niegdyś na wyposażenie domów. Jeśli jedna zainwestowała w nowy kredens/fotel/zestaw firan, druga musiała mieć identyczny, bo inaczej miała objawy ciężkiej zapaści. Jeśli katedra w Metz oświetla się wieczorami, to ta z Orleanu nie będzie przecież grała roli ubogiego kuzyna! Dobry samochód musi mieć klimatyzację, porządna katedra musi mieć iluminację.


Wyświetlanie kolorowych obrazków na szlachetnych gotyckich fasadach zakwalifikowałam sobie a priori gdzieś obok Mozarta w wersji pop, Dostojewskiego w komiksie, bolera w rewii na lodzie, kojących dzwięków saksofonu w hotelowej windzie. Okazało się jednak, że Francuzi znowu wiedzą coś lepiej. I potrafią tak wymyśleć masową rozrywkę, że nie ubliża intelektowi i poczuciu estetyki spragnionych wrażeń widzów. Dodam, że jest to rozrywka całkowicie bezpłatna i w miarę bezpieczna, bo na świeżym powietrzu. Nie wiem co prawda, jak pokazy świateł wyglądają w innych miastach, ale za to, co odbywa się w Rouen i Amiens mogę ręczyć, bo byłam i widziałam.


Wszystkie kolory katedry

Ważne normandzkie miasto Rouen kojarzy się z kilkoma słynnymi osobami. Po pierwsze, z Joanną d’Arc, która była co prawda Dziewicą Orleańską, ale to w Rouen została spalona na stosie. Po drugie, z Claudem Monet, który nie mógłby chyba zrobić lepszej akcji marketingowej tutejszej katedrze. Po trzecie i czwarte, z Gustavem Flaubertem oraz jego nieszczęśliwą bohaterką Emmą Bovary: oboje się tu urodzili. Po piąte, Rouen w dowodzie osobistym miał też pewnie wpisane pisarz kryminałów Maurice Leblanc, wskrzeszony z niepamięci dzięki brawurowemu serialowi o współczesnym Arsenie Lupin.

Filmy wyświetlane na fasadzie katedry o pisarzach jednak specjalnie nie wspominały. Było w nich natomiast sporo o Joannie d’Arc, może dlatego, że w 2020 roku miasto świętowało setną rocznicę jej kanonizacji. Na ścianach katedry pojawiły się więc buchające płomienie, normandzkie sztandary z trzema lwami, karty do gry ustawione jak żołnierze na polu bitwy. Wszystko pięknie wpasowane w detale architektury.



Dziecięcy zachwyt wzbudziły we mnie kiczowate nawiązania do Moneta: most w ogrodzie w Giverny, łodzie na jeziorze, nenufary. Do tego gra świateł rozmywająca kontury katedry, jak na impresjonistycznym obrazie. Hołd dla Moneta jest zasłużony: malarz przemieszkiwał dłuższy czas w pokoiku naprzeciwko katedry i malował ją o różnych porach dnia i w różnych porach roku. Efekt? Seria trzydziestu obrazów z widokiem katedry, dziś rozproszonych po wielu muzeach na świecie.


Planując podróż po Francji, warto poświęcić trochę czasu na Rouen i wygospodarować jeden wieczór na podziwianie wytworu najnowszej technologii dźwiękowo-wizualnej. Obrazy na fasadzie wyświetla siedemnaście projektorów i muszę powiedzieć, że efekt jest imponujący.

Tego lata władze miasta zapowiadają dwa nowe spektakle: pierwszy poświęcony wojowniczym Normanom, drugi - tropikalnym krajobrazom Nowego Świata. Pokazy odbywają się nie tylko w letnie wieczory, ale także w okolicach Bożego Narodzenia. Choć oczywiście w covidowych czasach planowanie czegokolwiek jest przecież rozrywką dla zuchwałych. My podziwialiśmy podświetlane katedry w maseczkach na twarzach, usiłując utrzymać zdrowy dystans od współoglądaczy, pokazy są bowiem bardzo popularne i przyciągają co wieczór tłumy ludzi.


Barwna przeszłość

W Amiens, poza raczej banalnym pokazem bardzo kolorowych i w sumie chyba dość przypadkowych, obrazków, znaleźliśmy coś naprawdę wyjątkowego. Starannie przygotowana iluminacja pozwala odkryć, jak mogły wyglądać średniowieczne kościoły. Bo po latach zniszczeń i kolejnych przebudowach na pewno nie wyglądały tak jak w dzisiejszych czasach. Nie chodzi jednak wyłącznie o kształt, styl czy detale architektury. Bardzo bowiem możliwe, że katedry były też bajecznie kolorowe. Przekonali się o tym specjaliści remontujący zachodnią fasadę katedry Notre-Dame w Amiens, we wczesnych latach 90-tych XX wieku.



Zastosowano wtedy po raz pierwszy nową technologię oczyszczania przyszarzałych rzeźb za pomocą lasera. I okazało się, że pod warstwą brudu są warstwy pigmentów. Mocne barwy podkreślały wyraz twarzy wyrzeźbionych postaci, pomagały odnaleźć atrybuty świętych, pozwalały ich zidentyfikować po kolorze ubrań. Wyobrażam sobie, że średniowieczny kościół, jako „Biblia ubogich”, dla niepiśmiennych wiernych był zapewne zrozumiały jak kolorowa książka z obrazkami. I że obeznani w biblijnych opowieściach wierni odróżniali z równą wprawą świętego Piotra od świętego Dominika, jak my dzisiaj odróżniamy Supermana od Asteriksa.


Oczywiście, pomysł przywrócenia kolorów na fasadzie katedry na stałe raczej nie wchodził w grę. Sama jestem tak przyzwyczajona do szlachetnej szarości kamienia, że chyba wolałabym nie oglądać feerii barw na fasadach, nawet w imię historycznej wierności. To trochę tak, jak patrzeć na twarz kobiety, która się pięknie zestarzała, ale nadużywa mocnego makijażu.

Okazało się jednak, że nie trzeba wcale malować gotyckich rzeźb, maswerków i łuków - wystarczy użyć rzutnika. Dzięki temu w letnie wieczory możemy przenieść się do średniowiecza, nie mogąc się nadziwić, jak niezwykle wyglądał kiedyś kościół w

barwach tęczy.




43 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Remedium