• Katarzyna Stachowicz

To nie jest portret

Twarze, sylwetki, gesty. Uchwycone jak w migawce aparatu. Nie wiedząc nic o autorce pomyślałabym, że na obrazach są jej przyjaciele. Tymczasem to wizerunki ludzi, którzy nigdy nie istnieli.


Co najmniej od pięciu tysięcy lat ludzie tworzą swoje podobizny. Rzeźbią, rysują, malują, fotografują, robią sefie. Przez wiele stuleci sportretowanie kogoś (lub siebie) było jedynym sposobem, by po pierwsze, poinformować jak wygląda jakaś ważna osoba (na przykład król, kapłan czy też mieszkająca za morzami, za górami kandydatka na żonę dla króla), a po drugie - utrwalić ten wizerunek dla przyszłych pokoleń. Nie trzeba wspominać, że rzadko kto przy tej okazji opierał się wielkiej pokusie autopromocji. Patrzcie i podziwiajcie, jacy jesteśmy piękni, ważni, silni, mądrzy, bogaci, pełni cnót i dobrego smaku, wykształceni, szczupli, świetnie ubrani, czy co tam się komu zamarzy i co akurat jest najbardziej w cenie. Osobny rozdział można by napisać o artystach, którzy odważali się w portretach pokazywać prawdę, nie upiększając obiektu z obawy przed szafotem lub odebraniem honorarium. Tu moje specjalne ukłony dla Goyi i Rembrandta (za całokształt) oraz Gauguina (za portret Suzanne Bambridge).


A Passion Like No Other, 2012, Collection of Lonti Ebers
Według klasycznej definicji, portret to artystyczny wizerunek konkretnej osoby (lub grupy osób), ukazujący zewnętrzne podobieństwo oraz niekiedy cechy charakteru portretowanych. W każdym razie możemy śmiało założyć, że portret pokazuje prawdziwą osobę, która żyje lub żyła kiedyś.

Zgodnie z powyższym kubistyczne wizerunki malowane przez Picassa możemy zakwalifikować jako portrety, bo da się zidentyfikować przedstawione na nich osoby. I wcale nie szkodzi, że dużo gorzej może być z ich rozpoznaniem. Mało tego, portretem może być nawet coś, co w ogóle nie wygląda jak portretowana osoba. Ani zresztą żadna osoba. Na obrazie Gauguina Martwa natura z Nadzieją (1901) uwieczniony jest Vincent van Gogh. A że wygląda zupełnie jak słonecznik? No przecież nazwa surrogate portrait nie wzięła się znikąd.


Diplomacy I, 2009

Obrazy malowane przez brytyjską artystkę Lynette Yiadom-Boakye z formalnego punktu widzenia portretami nie są. Choć, hipotetycznie rzecz ujmując, łatwiej byłoby mi w tłumie na ulicy rozpoznać przystojnego pana w czerwonym golfie z obrazu Yiadom-Boakye niż na przykład Gertrudę Stein czy Dorę Maar, jeśli jako jedyny punt odniesienia miałabym ich wizerunek dostarczony przez kubistę. Problem w tym, że mężczyzna w czerwonym golfie nie istnieje, więc nie mogłabym go spotkać na ulicy.


In Lieu Of Keen Virtue, 2017, z kolekcji artystki, Londyn

Przy tej okazji do głowy przychodzą mi jeszcze prace Cindy Sherman, amerykańskiej królowej przebieranek.

Czy zdjęcia Sherman wystylizowanej na młodego mężczyznę, starą kobietę, kowboja, panią domu z lat pięćdziesiątych, hollywoodzkiego gwiazdora, klauna lub fashion victim to portrety? I jeśli tak, to czyje? Cindy Sherman czy postaci, w które się wciela artystka? W pracach Sherman widać, jak bardzo nas określa i tworzy nasze ubranie i otoczenie.

Yiadom-Boakye uzmysłowiła mi, że trzeba dodać do tego jeszcze jeden, bardzo ulotny i trudny do uchwycenia na obrazie szczegół: sposób bycia.

Jej obrazy to nie portrety prawdziwych osób, lecz studium nastroju, pozy, czyjegoś charakterystycznego gestu, zamrożonego ruchu. Próba zatrzymania chwili, choć wszystko się stale zmienia. Myślę, że to w zasadzie przeciwieństwo kubizmu, którego ambicją było między innymi połączenie na obrazach czasu i przestrzeni.


No Such Luxury, 2012, z prywatnej kolekcji, Londyn

Na obrazach Lynette Yiadom-Boakye próżno szukać elementów znajdujących się zwykle na portretach: wszystkich tych rzeczy, które pomagają rozpoznać uwiecznianą osobę, określić jej status społeczny, umieścić ją w czasie i przestrzeni. Wystarczy przypomnieć sobie słynny Portret małżonków Arnolfinich van Eycka czy Holbeinowskich Ambasadorów: portretowanym osobom towarzyszą dziesiątki charakteryzujących je przedmiotów.


No Need Of Speech, 2018, Carnegie Museum of Art, Pittsburgh

To, jak ubrani są bohaterowie Yiadom-Bokaye pozwala stwierdzić, że są nam mniej więcej współcześni. I to by było na tyle. Ich odzież nie ma żadnych szczególnych cech: to proste sukienki, koszule, dżinsy. Niektórzy ludzie przedstawieni są w strojach sportowych lub scenicznych kostiumach, które nie są ubraniem, lecz przebraniem, więc siłą rzeczy plasują noszące je osoby poza kategoriami czasu i miejsca.


No Objection To Noises, 2019, z kolekcji artystki, Londyn ; Tie The Temptress To The Trojan, 2016, Collection of Michael Bertrand, Toronto

Większość przedstawionych postaci jest bosa, bo malarka uważa, że buty pozwalają określić epokę i status społeczny jeszcze łatwiej niż ubranie. Yiadom-Boakye nie zakłada więc swoim bohaterom obuwia, ale za to wymyśla enigmatyczne tytuły obrazów ( jest też poetką i pisarką).

„To jak dodatkowe pociągnięcie pędzla” - mówi w jednym z wywiadów. Pod zdjęciami zachowuję więc angielskie podpisy. Po pierwsze, moje nieudolne tłumaczenie mogłoby zrobić im krzywdę, po drugie - zostawiam tę część zabawy czytelnikowi.


11pm Tuesday, 2010, z prywatnej kolekcji; Upwind, Upstream And Upstairs, 2019, z kolekcji artystki

Lynette Yiadom-Boakye maluje olejne obrazy na płótnie, ale w gruncie rzeczy robi kolaże. Jej postaci powstają z wycinków z gazet, zdjęć i wspomnień. Dziedziczą niektóre cechy lub pozy po dawnych malarskich mistrzach. Na ich - całkiem fikcyjną przecież osobowość - składają się też powieści i utwory muzyczne. Częścią londyńskiej wystawy jest więc również spis książek, które zainspirowały artystkę oraz stworzona przez nią ścieżka dźwiękowa, z utworami Prince’a, Johna Coltrane’a, Milesa Davisa, Billa Evansa i Nicka Drake’a. Playlistę podczas trwania wystawy można było znaleźć na Spotify https://open.spotify.com/playlist/6D4jyFqBmHOco4p6PTO07f


Malarka urodziła się w 1977 roku w Londynie, studiowała w kornwalijskiej Falmouth School of Art, a jej rodzice pochodzą z Ghany. Po obejrzeniu kilku innych wystaw artystów o afrykańskich korzeniach, uderzające wydało mi się to, że Yiadom-Boakye świadomie unika angażowania się w dyskusję na temat problemów rasowych, dyskryminacji, równouprawnienia. Na jej obrazach są po prostu pięknie podpatrzeni ludzie.

„Nie tyle chodzi mi o umieszczanie czarnoskórych ludzi w jakimś kanonie, lecz raczej o stwierdzenie, że zawsze tu byliśmy, samowystarczalni, poza koszmarami i wyobrażeniami, przed i po epoce „odkryć”, w żadnej mierze nie definiowani ani nie ograniczani przez tych, co na nas patrzą”.
Black Allegiance To The Cunning, 2018, Sheldon Inventash and Lynn Factor, Toronto ; A Whistle In A Wish, 2018, z kolekcji artystki

Wystawa prac Lynette Yiadom-Boakye, prezentująca dorobek artystki od 2003 roku, o tytule zapożyczonym z jednego z jej wierszy: Fly In League With The Night zachwyciła mnie spokojnym pięknem. Urodą ludzi, poetyką gestów, prostotą ujęć. Oglądając podobizny osób uchwyconych w uśmiechu, w obłoczku dymu z papierosa, zamyślonych, w trakcie rozmowy, zapatrzonych w coś poza kadrem, miałam wrażenie, że skądś to wszystko znam. I przypomniała mi się książka, którą czytałam dawno temu i którą bardzo kiedyś lubiłam: Nieśmiertelność Milana Kundery. I która zaczyna się od opisu gestu.


To Tell Them Where It’s Got To, 2013, Plymouth City Museum and Art Gallery

Brytyjskiej malarce zawdzięczam więc nie tylko pierwszą wycieczkę do galerii po covidowym zamknięciu muzeów, ale także wielką przyjemność powrotu do Kundery. Swoją powieść zaczyna on od opisu niemłodej już pani, która skończyła właśnie lekcję pływania.


Razorbill, 2020, Tate

„Kobieta w kostiumie kąpielowym szła wzdłuż basenu ku wyjściu i gdy znalazła się cztery czy pięć metrów za instruktorem, zwróciła ku niemu głowę, posłała mu uśmiech i skinęła dłonią. Ścisnęło mi się serce. Ten uśmiech i gest należały do dwudziestoletniej dziewczyny! […] W tym geście istota jej wdzięku, którym czas nie władał, odsłoniła się w okamgnieniu i olśniła mnie. Byłem dziwnie wzruszony. I w moich myślach wypłynęło słowo Agnes. Agnes. Nigdy nie znałem kobiety o tym imieniu.”


„Ewa zrodziła się z żebra Adama, Wenus powstała z piany, natomiast Agnes wynurzyła się z gestu sześćdziesięcioletniej kobiety, którą spostrzegłem na brzegu basenu, gdy żegnała się z instruktorem pływania, i której rysy już się w mojej pamięci zacierają. Jej gest wywołał wówczas we mnie niepojętą tęsknotę, i tęsknota ta wydała na świat postać, której dałem imię Agnes.”


„[…] nie można uważać gestu za własność jednej osoby, ani za jej dzieło (nikt przecież nie jest zdolny do stworzenia własnego, całkowicie oryginalnego, należącego tylko do niego gestu), ani nawet za jej narzędzie; w rzeczywistości jest odwrotnie: to gesty posługują się nami; jesteśmy ich narzędziami, ich marionetkami, ich wcieleniami.”

(Milan Kudera, Nieśmiertelność, w tłumaczeniu Marka Bieńczyka)


A Concentration, 2018, Carter Collection

Zastanawiałam się po obejrzeniu wystawy, czy fakt, że autorka obrazów maluje wymyślone postaci, odbiera im w jakiś sposób wiarygodność. Fikcyjni, utkani ze zdjęć i doświadczeń ludzie są trochę jak bohaterowie powieści. Nie istnieją w rzeczywistości, ale wcale nie muszą być przez to nieprawdziwi. Czy bohaterom powieści odbiera moc to, że nie mają swoich odpowiedników z krwi i kości, jak ludzie opisywani w non-fiction? Czy wymyślone przez pisarza lub malarza postaci budzą mniej emocji? Odpowiedź na oba pytania dla mnie brzmi: nie. Pod warunkiem, że i powieść, i obraz są udane.



Wystawa prac Lynette Yiadom-Boakye Fly In League With The Night, Tate Britain, 19 listopada 2020 -31 maja 2021.

18 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie