• Katarzyna Stachowicz

Milczenie owiec

Podobnie jak w dzisiejszych czasach karpie nie lubią Bożego Narodzenia, tak baranki na pewno nie przepadały za tradycyjnym obchodzeniem święta Paschy czy Ramadanu.


„Proszę cię, narysuj mi baranka”.

Nie wiem, czy Francisco de Zurbarán słyszał takie prośby, nim trzysta lat później sformułował je Mały Książę. Ale musiał lubić rysować baranki, bo namalował aż sześć wersji obrazu z tym zwierzęciem w roli głównej. Tylko czy aby na pewno chodzi o zwierzę?


Jeden z baranków Zurbarana, wiszący obecnie w San Diego Museum of Art, ma aureolę i - żeby na pewno nie było wątpliwości - na obrazie jest też napis TAMQUAM AGNUS, czyli „jako baranek”.

Hiszpański malarz mógł sobie w XVII wieku beztrosko malować baranki symbolizujące Chrystusa, bo metafora ta zyskała aprobatę w pismach mistyków, takich jak Luis Ponce de Leòn („De los nombres de Cristo”, 1583).

Wcześniej jednak nie było to takie proste. Sobór w Konstantynopolu w 692 roku nakazał chrześcijańskim malarzom malowanie Chrystusa tylko w ludzkiej postaci. Przedstawianie Chrystusa jako ofiarnego baranka mieszało się bowiem zbyt łatwo z pogańską symboliką. Nie oznacza to oczywiście, że zwierzęta te całkiem znikły z obrazów - średniowieczne triumfujące baranki ze sztandarem Zmartwychwstania do dzisiaj ozdabiają wielkanocne stoły.


Agnus Dei, Francisco de Zurbarán, 1635-1640, Museo Nacional del Prado, Madryt

Baranek z muzeum Prado nie ma aureoli. Kompozycyjnie mógłby być zakwalifikowany do sekcji „martwa natura”, ale przecież nie jest (jeszcze) martwy. Doskonałe wydaje mi się w tym kontekście angielskie określenie Still Life. Nic na tym obrazie nie wskazuje na to, że mamy do czynienia z malarstwem religijnym. Dopiero my, jako widzowie wychowani w konkretnej, chrześcijańskiej tradycji, nadajemy barankowi specyficzne znaczenie. Widzimy w nim więc coś zupełnie innego, niż na przykład zapowiedź posiłku.


Muszę powiedzieć, że baranek z Prado jest dla mnie dość wstrząsający. Na niewielkim (mniej więcej 40 na 60 cm) obrazie przedstawione jest tylko spętane zwierzę. Cała reszta piekła dzieje się już tylko w wyobraźni patrzącego. Biały baranek na kamiennym stole, w tle tylko ciemność. Sytuację pogarsza fakt, że Zurbarán umiał malować baranki: ten wygląda jak żywy. Ma jasne rzęsy i lekko posklejane runo. Patrząc na nie wiem, że jest trochę lepkie i szorstkie w dotyku. Ogladając ten obraz, nie mogę też wygonić z umysłu skojarzenia ze strasznym dokumentem Wernera Herzoga „Rekolekcje na temat mroku”, o Kuwejcie spustoszonym po irackiej agresji w 1990 roku. Herzog pokazuje w nim między innymi ludzi tak straumatyzowanych przez koszmarne przeżycia, że przestają mówić, stając się tylko niemymi i pozornie obojętnymi świadkami wydarzeń.

W śródziemnomorskiej tradycji pierwszy rodzący się na wiosnę biały baranek symbolizował odrodzenie świata po zimie.

Był niezbędny do powtarzanego co rok rytuału zwycięstwa życia nad śmiercią. Jest dla mnie coś przerażającego w pomyśle, by to nowe nieskazitelne życie natychmiast uśmiercić, i to w dodatku w ramach triumfu życia nad umieraniem. Baranek stał się dyżurną ofiarą, zwłaszcza przy okazji rytuałów związanych z wiosennym przesileniem - czyli Paschą i Wielkanocą. Krew baranka przynosiła wolność i życie.

Biały baranek na ciemnym ołtarzu, zrezygnowany, nieruchomy, ale przytomny, symbol wszystkich niewinnie cierpiących. Jeszcze większy kłopot z tym obrazem i całą koncepcją ofiary zaczynam mieć patrząc na spętane nogi zwierzęcia - dla mnie widoczny znak, że ofiara ta nie jest dobrowolna. Jej spokój i rezygnacja budzą we mnie niezgodę. Mam mocno mieszane uczucia, na myśl o Baranku Bożym, który gładzi grzechy świata, pod warunkiem, że sam zostanie zgładzony.


Miał rację Mały Książę, wybrzydzając na kolejne rysunki proponowane przez Pilota. Zgadzam się z nim całkowicie, że najlepszy baranek to ten mieszkający w skrzynce. Jest oddzielony od świata, niewidoczny, bezpieczny - choć przecież dobrze wiemy, że istnieje.

20 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie