• Katarzyna Stachowicz

Gorzkie gody

Zaktualizowano: 19 lis 2021

Co się dzieje, jeśli w rodzinie jest psychicznie niestabilny syn, a całym domem trzęsie apodyktyczna matka, której się wszyscy boją?


Dodajmy do tego dwóch pozostałych synów o skłonnościach przestępczych, zaburzoną emocjonalnie córkę starającą się sprostać wymaganiom matki, przybranego ojca o wątpliwej reputacji, zięcia z dziwnej, nieakceptowanej przez teściów rodziny oraz zwalczające się stronnictwa wujów, szwagrów i stryjów. W przeciętnej rodzinie kończy się to zwykle kwasem przy stole wigilijnym, nie bardzo też wiadomo, jak usadzić towarzystwo przy okazjach takich jak wesela, chrzciny i pogrzeby. Jeśli natomiast mamy do czynienia z rodziną królewską, w dodatku żyjącą w czasie wojen religijnych, zapiekłe konflikty i animozje mogą doprowadzić do rzezi na pięć tysięcy trupów.


John Everett Millais, A Huguenot, on St Bartholomew’s Day refusing to Shield Himself from Danger by Wearing the Roman Catholic Badge, 1852, kolekcja prywatna, Public domain via Wikimedia Commons

Na pierwszy rzut oka scena namalowana przez prerafaelitę Johna Everetta Millais wygląda bardzo romantycznie. Widzimy parę obejmującą się na tle zapuszczonego ceglanego muru. On ma nieco dziwne obuwie i jeszcze dziwniejsze legginsy, ale wygląda na przystojnego i miłego młodzieńca. Ona - złocistoruda młodziutka piękność w typie urody ukochanym przez prerafaelitów, w sukni z renesansowymi bufkami, patrzy młodzieńcowi w oczy z bezbrzeżnym smutkiem. Oboje ubrani są na ciemno. Plamy koloru na obrazie to krwistoczerwony mur, niepokojące żółte elementy sukni dziewczyny oraz największy jasny element: biała szarfa na ramieniu młodzieńca.


John Everett Millais, szkic do Hugenota, 1852, Public domain via Wikimedia Commons

I to właśnie ta wstążka mówi o tle całej historii. Nie jest to bowiem sytuacja z cyklu „zawiążę ci wstążkę na ramieniu, to może choć raz nie zapomnisz kupić w sklepie masła”. Ten konkretny kawałek materiału może uratować życie. Skąd to wiadomo? Ano z tytułu obrazu. Hugenota. Znanego także w nieco bardziej rozbudowanej wersji Hugenota, w dniu świętego Bartłomieja, odmawiający uchronienia się przed niebezpieczeństwem dzięki założeniu rzymskokatolickiej odznaki. Mój srogi pan od polskiego w liceum by mnie za taki tytuł mocno znieważył. Prerafaelitom najwyraźniej wolno więcej.


Scena uchwycona jest w dziennym świetle, więc przedstawieni na obrazie młodzi ludzie już wiedzą, co się stało w nocy.


A 24 sierpnia 1572 roku od trzeciej nad ranem trwała w Paryżu krwawa łaźnia.


Jej niemal pornograficznie piękny obraz mam wciąż w pamięci - z filmu Patrice’a Chéreau Królowa Margot, z 1994 roku. Niestety nie da się odzobaczyć wstrząsających kadrów rzezi dokonywanej w rytm bicia dzwonów, z hipnotyczną muzyką Gorana Bregovicia w tle, ujęć spływających krwią ulic i zbliżeń na wozy wywożące stosy ciał.


Jak to się stało, że przy okazji ślubu, który miał przypieczętować pokój między zwalczającymi się frakcjami religijnymi, doszło do masakry, jakiej nie powstydziliby się scenarzyści Gry o tron?

Zakończenie konfliktów religijnych rozdzierających szesnastowieczną Francję dzięki małżeństwu Henryka, syna kalwińskiej królowej Nawarry z Małgorzatą de Valois, córką ultrakatolickiej Katarzyny Medycejskiej, wydawało się z początku niezłym pomysłem.


Sytuacja się jednak skomplikowała. Do wewnętrznego wieloletniego konfliktu katolicy-hugenoci (czyli francuscy kalwini) doszły nowe okoliczności w polityce międzynarodowej. Co oczywiście pogłębiło przepaść między zwalczającymi się frakcjami.


W Niderlandach na wiosnę 1572 roku kalwińscy piraci zdobyli miasto Brill i uczynili je swoją bazą. Wystąpili do króla Francji o poparcie, wspierani przez francuskiego admirała Gasparda II de Coligny. Groziło to jednak wojną z Hiszpanią (Holandia była wtedy pod władaniem Hiszpanii), więc ostatecznie Francuzi zdecydowali się nie wszczynać konfliktu. Coligny był tym oburzony. Ponieważ był człowiekiem o wielkich wpływach (sam król Karol IX nazywał go „ojcem”), a hugenoci stanowili 10 proc. francuskiego społeczeństwa, admirał stał się postacią niebezpieczną. No i od tego w zasadzie momentu jego dni były policzone. Historycy oskarżają Katarzynę Medycejską o uknucie spisku na życie admirała: 22 sierpnia czyhał na Coligny’ego wynajęty morderca. Zamach był jednak nieskuteczny: admirał przeżył, choć został postrzelony w ramię.


Było to cztery dni po hucznym królewskim weselu Henryka i Małgorzaty. Zjechało na nie 800 hugenotów z rodzinami i służbą. Ponieważ większość z nich w chwili zamachu była jeszcze w Paryżu, postanowili zająć Luwr i policzyć się z zamachowcami. Twierdząc, że „jedno ramię admirała będzie kosztować 38 tysięcy rąk jego wrogów”.


Tych kilka sierpniowych dni w Paryżu 1572 roku zaowocowało całą serią cytowanych potem z lubością złotych myśli. Na przykład król Karol IX, który przyszedł odwiedzić rannego admirała, kompletnie nieświadom, że za zamachem stoi jego matka, miał powiedzieć: „rana jest pańska, ale ból jest mój”. Potem niestety dość szybko zmienił zdanie i „ojca” porzucił.


Françis Dubois, Le massacre de la Saint-Barthélemy, 1572-1584, Vaud Museum of Fine Arts, Public domain via Wikimedia Commons

Paryż zaczął przypominać beczkę prochu. Zwłaszcza, że już wcześniej wizyta ogromnej liczby heretyków byłą mieszkańcom miasta mocno nie w smak.


Sytuacja na królewskim dworze też była rozwojowa. Wiadomości, jakie dotarły do króla Karola i Katarzyny Medycejskiej mówiły o tym, że hugenoci zamierzają zabić ją, króla i wszystkich członków dworu. Niespodziewanie opuścił Paryż hiszpański ambasador, co mogło wyglądać na początek wojny. Król, już wcześniej słaby i niestabilny emocjonalnie, spanikował i do reszty stracił kontrolę nad wydarzeniami. Stery państwa przekazał silnej i doświadczonej politycznie matce. I to Katarzyna, razem z Henrykiem Walezym (przyszłym królem Polski) oraz książętami de Guise (Gwizjuszami) rozdawali teraz karty. Katarzyna, roztaczając przez królem widmo krwawego rokoszu protestantów, skłoniła go do podjęcia brzemiennej w skutkach decyzji na radzie królewskiej zwołanej wieczorem 23 sierpnia. Postanowiono uprzedzić atak i „zapobiegawczo” zabić trzydziestu hugenockich szlachciców, w tym admirała. „Zabijajcie ich wszystkich, aby nikt nie został, kto mógłby mi to wypominać!” - miał powiedzieć król Francji.


Carl Huns, The Eve of the St. Bartholomew’s Day massacre, 1868, Russian Museum, Public domain via Wikimedia Commons

Kilka godzin przed świtem 24 sierpnia książę Henryk de Guise wraz ze stoma zbrojnymi wyruszyli mordować najważniejszych kalwinów. Król, który trochę się pozbierał, usiłował całą akcję wstrzymać, ale jak łatwo się domyśleć, było już za późno. Około trzeciej nad ranem zabrzmiał wystrzał oznaczający początek porachunków. Potem zadzwoniły dzwony kościoła Saint-Germain-l’Auxerrois i rozpętało się piekło.


Katoliccy rycerze szybko rozprawili się admirałem i jego świtą. Spirala przemocy zaczęła się rozkręcać. Oznaczeni białymi szarfami i krzyżami katolicy wchodzili do domów hugenotów i wyżynali całe rodziny. Ludzie w Paryżu zrozumieli, że król nakazał zabić wszystkich kalwinów, ponieważ ci mieli zamiar zrobić zamach na rodzinę królewską. Rozjuszony lud Paryża ruszył więc do akcji, mordując kogo popadnie i przy okazji przywłaszczając sobie co cenniejsze rzeczy z hugenockich domów. Ogólna jatka była też okazją do wyrównywania rozmaitych porachunków i zatargów, niekoniecznie wynikających z różnic zdań na temat dogmatów wiary. Doskonale opisał ten mechanizm Andrzej Szczypiorski w jednej z moich ulubionych powieści Msza za miasto Arras. Chodziło mu o inną epokę i inną sytuację, ale mam wrażenie, że wszystkie pogromy, zupełnie jak wszystkie szczęśliwe rodziny, są do siebie podobne.


Edouard Debat-Ponsan, Un matin devant la porte du Louvre, 1880, Musée d’Art Roger-Quillot, Public domain via Wikimedia Commons

Masakra nie ograniczyła się do Paryża, lecz rozlała na inne miasta: rzezi hugenotów dokonano w Orleanie, Bourges, Angers, Rouen, Bordeaux, Lyonie i Tuluza. Potem krwawa jatka ucichła. Także i z tego powodu, że zabrakło ofiar, jak usłyszałam od eksperta w arcyciekawym wywiadzie na temat paryskiej jutrzni w radio Tok fm.


Krwawa klęska wrogów katolickiej religii bardzo ucieszyła papieża. Grzegorz XIII kazał odpalić salwę na wiwat. Kazał też wybić okolicznościowy medal z napisem Ugonottorum strages 1572 (Niszcz hugenotów) z aniołem dzierżącym miecz i krzyż nad ciałami zabitych protestantów. Jednak im dokładniejsze dostawał informacje, tym bardziej rzedła mu mina. Może też trochę szkoda, że nie dotarła do niego zatrzymana w Lyonie przesyłka z zabalsamowaną głową admirała de Coligny (choć podobno w epoce ten rodzaj prezentu był dosyć popularny). W końcu jednak papież działania francuskiego króla potępił.


Medal zamówiony przez Grzegorza XIII, 1572, Public domain via Wikimedia Commons

Dlatego biała wstążka na obrazie Millais jest tak ważna: pomagała katolikom odróżnić (i oszczędzić) swoich. W 1852 roku, kiedy obraz wystawiła Royal Academy w Londynie, towarzyszył mu katalog z reprodukcją zarządzenia księcia Gwizjusza, wydanego przed planowaną masakrą: „Kiedy dzwon na Pałacu Sprawiedliwości zadzwoni na jutrznię, każdy dobry katolik musi zawiązać na ramieniu szarfę z białego płótna i umieścić symbol białego krzyża na kapeluszu”.


Temat obrazu Millais zapożyczył być może z modnej w epoce opery Hugenoci Giacomo Meyerbeera, w której młoda dziewczyna próbuje nakłonić ukochanego, by założył białą szarfę.


Na obrazie ważne są kwiaty. Namalowane z wielką dbałością o realizm, jak to u prerafaelitów, więc łatwo rozpoznać ich gatunki. Najbardziej widoczna jest pomarańczowa nasturcja, symbol umiłowania ojczyzny i lojalności, ale także nadchodzących zmartwień. Zerwany kwiat nasturcji leży u stóp młodej pary. Po murze pnie się bluszcz, symbolizujący przywiązanie i życie wieczne. Z lewej, obok dziewczyny widać bladobłękitne dzwonki, symbol wytrwałości i wiary. Dodam też, że według angielskich ludowych wierzeń leśne dzwonki miały przyzywać wróżki. Gorzej, jeśli słyszało się ich dźwięk: była to wróżba, że umrze ktoś bliski.


John Everett Millais, Mercy: St Bartholomew’s Day, 1886, Tate Britain, Public domain via Wikimedia Commons

Jest jeszcze drugi obraz: Mercy (Miłosierdzie). W 1886 roku John Everett Millais namalował scenę z drugiej strony barykady. W ciemnym wnętrzu widzimy mężczyznę z obnażonym mieczem oraz - a jakże! - białą opaską i krzyżem na kapeluszu, jak wyjętego z rozporządzenia Gwizjusza. Próbuje go powstrzymać zakonnica. W drzwiach stoi brat zakonny wskazujący gestem, że niebo wzywa. Obok leżą w nieładzie kwiaty passiflory i róże, symbole męki Chrystusa, zapowiadające tragiczny koniec nocnej eskapady. Mamy też dzwonki, jak na poprzednim obrazie. Widać jeszcze chabry, oznaczające tradycyjnie powodzenie i nadzieję na przyszłość (co w tym wypadku budzi jednak wątpliwości). Na progu widać urwaną gałązkę bluszczu (?). Dość zastanawiające jest też umieszczenie krzyża zakonnicy, tuż przy bucie wybierającego się na rzeź katolika. Jakby krzyż na kapeluszu (zapowiadający masakrę) był ważniejszy niż krzyż z różańca (kojarzący się z modlitwą i miłosierdziem).


John Everett Millais wystawił swój obraz w londyńskiej Royal Academy, ale daleko mu było do sukcesu Hugenota sprzed trzydziestu lat. Krytycy raczej się nad obrazem pastwili, wyśmiewając teatr dramatycznych gestów. Kiedy patrzę na postać zakonnika, w zasadzie ich rozumiem. Ale lubię zestawienie obu tych obrazów. Mogłyby razem znaleźć się na pacyfistycznym plakacie. Nadawałyby się też na kampanię społeczną pt: „wychodzenie w środku nocy na ustawkę bywa szkodliwe dla zdrowia i życia”.


Nie wiem, jak to się dzieje, ale noc świętego Bartłomieja wraca do mnie co roku w sierpniu. Czy to przez pełną przemocy ekranizację Chéreau? Czy przez jakieś dziwne szczęście trafiam na artykuły i wywiady poświęcone krwawemu paryskiemu weselu? Zupełnie jakby nie było innych, bardziej współczesnych powodów, by snuć ponure rozważania, jak kiepsko miewają się podzielone społeczności, jak ważną wartością jest tolerancja i jak trudno zapędzić z powrotem do ciemnych nor raz wypuszczone demony. Bo nie mam najmniejszej wątpliwości, że diabeł był honorowym gościem na francuskim weselu. I że nie była to jego pierwsza, ani tym bardziej ostatnia impreza tego typu.


Uderzyła mnie też gorzka konkluzja, jaką z tego fragmentu francuskiej historii wyciągnął Yuval Noah Harari:


„23 sierpnia 1572 roku francuscy katolicy podkreślający znaczenie dobrych uczynków zaatakowali wspólnoty francuskich protestantów, którzy na pierwszym miejscu stawiali boską miłość do potomków Adama. Podczas tej masakry, zwanej „nocą Świętego Bartłomieja”, w niespełna 24 godziny wymordowano między 5 a 10 tysięcy protestantów. […] W ciągu 24 godzin więcej chrześcijan zginęło z ręki swoich współwyznawców niż z ręki cesarstwa rzymskiego w całej jego historii”.

(Yuval Noah Harari, Sapiens. Od zwierząt do bogów.

Tłum. Justyna Hunia. Dom wydawniczy PWN 2014)


Henryk Bourbon założył białą wstążkę, oczywiście metaforycznie. W noc świętego Bartłomieja uszedł z życiem, ale musiał zmienić wiarę na katolicką. Choć „Paryż wart jest mszy” powiedział ponoć dopiero w 1593 roku, kiedy namaszczano go w katedrze Saint-Denis na prawowitego króla Francji. Przy tej okazji król po raz kolejny zmienił wiarę. A miał w tym pewną praktykę - doliczyłam się pięciu konwersji z kalwinizmu na katolicyzm i z powrotem. Do wyznawanej religii podchodził więc dość swobodnie, w przeciwieństwie do ludzi dających się wciągać w religijne wojny i w efekcie zmuszonych do płacenia królewskich rachunków.


Kiedy myślę o nocy świętego Bartłomieja, zawsze więc przypomina mi się pożegnanie zakochanej pary z obrazu Millais. I naprawdę chciałabym wiedzieć: zdjął tę cholerną wstążkę czy też nie?

0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Innowator