Georges de la Tour. Wśród nocnej ciszy
- Katarzyna Stachowicz

- 21 gru 2025
- 14 minut(y) czytania
Był piewcą mindfulness na długo zanim wymyślono to słowo. Malował natchnione świętością obrazy. Najprawdopodobniej był też wrednym, skąpym i niewrażliwym na ludzką krzywdę bucem.
Kiedy umarł w połowie siedemnastego stulecia, prawie natychmiast został zapomniany. I była to jakaś wszechogarniająca amnezja: w XIX wieku żaden z jego obrazów wiszących we francuskich muzeach nie był podpisany jego nazwiskiem. A obrazy, i owszem, wisiały, tyle tylko, że przypisane innym twórcom - Murillowi, Vélazquezowi, braciom Le Nain.

Aż tu po dwustu latach, jak egipska mumia w filmie klasy B, Georges de la Tour powstał nagle z martwych. Oczywiście, nie o własnych siłach - tego niezwykłego artystę wskrzesił Hermann Voss, absolwent historii sztuki na uniwersytecie w Heidelbergu.
Było jak na filmie: wyobraźcie sobie bowiem następującą scenę. Voss stoi przed dwoma obrazami nieznanego artysty w muzeum sztuk pięknych w Nantes. Oba noszą podobny podpis: „G. de Ia Tour, siedemnastowieczny malarz, o którym nie mamy informacji”. Obrazy to Zaparcie się świętego Piotra oraz Anioł ukazujący się Józefowi. Voss przypomina sobie Nowonarodzonego, którego zdążył kilka dni wcześniej obejrzeć w muzeum w Rennes. Wszystkie trzy dzieła wydają mu się dziwnie podobne. Voss dodaje zatem dwa do dwóch (a raczej dwa do jednego), przypomina sobie również artykuł autorstwa architekta miasteczka Lunéville, który opisywał nieznanego, lecz wspaniałego malarza o nazwisku de la Tour. I wkrótce udaje się Vossowi ustalić, że trzy wyżej wymienione obrazy wyszły spod jednego pędzla. Na to, by rewelacja ta znalazła właściwy odzew w kręgach znawców sztuki, trzeba jednak poczekać do końca pierwszej wojny światowej.

Odkrycie Vossa zadziałało jak pierwszy kamyczek zapowiadający lawinę. W kolejnych latach odnajdywane były coraz to nowe obrazy autorstwa de la Toura, a dzisiaj da się ich naliczyć czterdzieści z okładem.
Georges de la Tour nie jest dziś nieznanym malarzem. Ale w wielu podręcznikach historii sztuki do dzisiaj są o nim jedynie krótkie wzmianki. Szukajcie go blisko Caravaggia i Poussina, bo to te same czasy.

Żył w latach 1593 - 1652. Ależ to była epoka! No bo pomyślcie: de la Tour urodził się w tym samym roku, co Artemisia Gentileschi (a zmarł dwa lata przed Włoszką). Współcześni mu artyści to między innymi Jusepe de Ribera i Peter Paul Rubens. Johannes Vermeer był od niego młodszy o 40 lat.

Wspominam Vermeera, bo historia de la Toura przypomina mi losy mistrza z Delft. Może dlatego, że o de la Tourze wiadomo równie mało, co o Vermeerze. Po obu artystach przetrwało niedużo dokumentów i niewiele obrazów. Ani Vermeer, ani de la Tour nie pozostawili po sobie autoportretu, więc nie wiadomo, jak wyglądali. Nie wiadomo też, gdzie się uczyli malować. Obaj tworzyli w niespokojnych czasach. Obaj stworzyli styl malowania rozpoznawalny nawet dla osoby nie znającej się zbyt dobrze na sztuce. Ani jednego ani drugiego nie interesowała specjalnie tematyka mitologiczna czy historyczna. Obaj zostali zapomniani na całe stulecia.

Wiadomo, że Georges de la Tour miał dziesięcioro dzieci, z których do wieku dorosłego udało się dożyć tylko trójce. Z dokumentów sądowych wynika, że miał przykry porywczy charakter i wzmożoną niechęć do płacenia podatków (co nie jest aż tak rzadką przypadłością). W lokalnych rejestrach zachowały się wnoszone na niego skargi: o podwyższanie cen ziarna w czasach nieurodzaju, o pobicie poborcy podatków, o wypuszczanie myśliwskich psów na cudze pola. Doprawdy, na wszelki wypadek zawsze lepiej jest zachowywać się kulturalnie i przyzwoicie. Nigdy bowiem nie wiadomo, co pozostanie po nas w annałach.

Był drugim dzieckiem lotaryńskiego piekarza zaopatrującego żołnierzy z pobliskiego garnizonu i pracowników kopalni soli. De la Tour senior radził sobie nieźle, więc rodzina żyła dostatnio. Nie zmuszano jednak młodego Georgesa do pójścia w ślady ojca. Zamiast mieszać zaczyn, mógł się zatem uczyć mieszania pigmentów. Osiągnąwszy właściwy po temu wiek, młody de la Tour ożenił się z dziewczyną z drobnej lokalnej szlachty. Było to dla syna piekarza sporym awansem. Z czego zresztą syn piekarza umiał skorzystać - piął się bowiem po społecznej drabinie zręcznie i wytrwale.

Rodzina de la Tour mieszkała w Lotaryngii, krainie położonej między ówczesnym terytorium Francji a ziemiami Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. W czasach młodości de la Toura był to region niezależny od francuskiej władzy, rządzony przez lokalnych książąt. Dzisiaj urządzono by tam zapewne raj podatkowy, a ludzie tacy jak krewni i znajomi malarza czerpaliby przyjemne profity z handlu w strefie wolnocłowej.
Zaprawdę, mogłoby być miło i spokojnie, gdyby nie historia, geografia i biologia. Sprawiły one bowiem, jak trzy złe wróżki z baśni, że Lotaryngia w tamtej epoce była dokładną ilustracją ludowego powiedzenia jak nie urok to przemarsz wojsk.
A mianowicie: historia przyniosła wojnę trzydziestoletnią, biologia - dwie epidemie dżumy. Geografia sprawiła natomiast, że położona między dwoma mocarstwami Lotaryngia stała się terenem potyczek i przegrupowań żołnierzy. W 1638 roku, już po epidemiach, miejscowość Lunéville, w której mieszkała rodzina malarza, została splądrowana, a następnie doszczętnie spalona przez wojska francuskie. Wszystko po to, by nie wpadła w ręce wojsk niemieckich, taki patriotyzm, wiadomo. Prawdopodobnie została wtedy zniszczona część płócien de la Toura. Malarz z rodziną przetrwali: schronili się na kilka lat w Nancy, czekając na odbudowę Lunéville.
Zachwyca mnie ten zbieg okoliczności: artysta, który osiągnął mistrzostwo w nocnych scenach rodzajowych mieszkał przez prawie całe swoje życie w miejscowości o nazwie Lunéville, czyli – mniej więcej – Księżycowo.

Jeden z książąt lotaryńskich, Henryk II, zwolnił de la Toura dożywotnio od płacenia podatków. Przywilejem tym cieszyła się głównie szlachta, tymczasem de la Tour był człowiekiem z ludu. Książę uznał jednak, że malarstwo la Toura jest szlachetne samo w sobie i odpuścił mu składki. De la Tour przejął też biznes ojca. Dzięki temu rodzina mogła przetrwać ciężkie czasy wojenne, przy czym dodać należy, że nasz subtelny malarz konsekwentnie nie dzielił się swoim dostatkiem z nikim potrzebującym wsparcia.

De la Tour był przez jakiś czas nadwornym malarzem króla Ludwika XIII. Namalował dla niego świętego Sebastiana. Królowi tak się ten obraz spodobał, że kazał podobno zdjąć wszystkie inne obrazy w królewskiej sypialni i zachował tylko dzieło malarza z Lotaryngii.
De la Tour nie zagustował jednak w dworskim życiu. Kiedy tylko mógł - czyli mniej więcej po roku - wrócił do rodzinnych stron. W Paryżu zostawił agenta, który zajmował się jego dziełami. Obrazy de la Toura zdobiły wnętrza znamienitych postaci epoki: na przykład kardynała Richelieu (którego pamiętamy z Trzech Muszkieterów) i sławnego projektanta królewskich ogrodów, André Le Nôtre’a.

Georges de la Tour nie pasuje do stereotypu genialnego artysty, powszechnie nierozumianego i przymierającego przez to głodem. Wprost przeciwnie: był wziętym malarzem, jednym z najbogatszych mieszkańców swojej miejscowości, człowiekiem biegłym w interesach i sprawnie zarządzającym pieniędzmi.
Miał też stałe artystyczne zlecenia. Na przykład Lunéville od 1644 roku zamawiało u de la Toura obraz przeznaczony na prezent gwiazdkowy dla zarządcy miasteczka. Zadowolony był gubernator, bo dostawał świetne dzieła sztuki. Zadowolony był malarz, bo za swoją pracę inkasował sowite honorarium. Średnio zadowoleni byli natomiast mieszkańcy Lunéville, którzy się na owo honorarium musieli złożyć.

Dlaczego więc de la Tour został tak szybko zapomniany? Wiele jego prac zostało zagubionych lub zniszczonych. W zacieraniu śladów działalności artystycznej de la Toura mógł też mieć udział jego syn Etienne. De la Tour junior otrzymał bowiem tytuł szlachecki i mogło mu zależeć na tym, by zapomniano o fakcie, że ojciec parał się pracą rzemieślniczą, za jaką uważane było malowanie obrazów. Jak wiadomo, szlachta nie pracuje.

Bardzo ważny dla twórczości de la Toura Caravaggio był od niego o dwadzieścia lat starszy. Włoski malarz-buntownik już za swego krótkiego (38 lat) życia miał naśladowców. De la Tour, o ile uczył się we Włoszech, musiał się tam ze sztuką Caravaggia zetknąć. Nie wiadomo jednak, czy studiował we Włoszech, artystyczne koncepty Caravaggia mógł więc przyswoić za pośrednictwem flamandzkich malarzy lubujących się w dramatycznych światłocieniach.

Caravaggio, Ribera, Rubens, de la Tour tworzyli w czasach kontrreformacji. Zadaniem sztuki było wtedy wzbudzenie w jej odbiorcach religijnego zapału, przyciągnięcie ludzi do wiary poprzez pokazywanie im atrakcyjnego, pełnego dramatyzmu spektaklu. Georges de la Tour wpisał się w tę koncepcję, ale tylko poniekąd. I zrobił to w swoim własnym stylu.
Dla porównania: tu macie nocnego Caravaggia↓↓↓

A tu Riberę ↓↓↓

De la Tour żył w czasach po Caravaggiu. W pracach Lotaryńczyka można odnaleźć typowy dla Caravaggia realizm, dramatyczny światłocień, specyficzną wzniosło-świecką tematykę. Mimo to prac Caravaggia i obrazów de la Toura raczej nie da się pomylić.

Mrok Caravaggia jest pełen zamieszania, hałasu, gwałtownych gestów i buzujących emocji. Tymczasem de la Tour maluje ciszę. Noc przynosi spokój, kontemplację, wycofanie. Nie jest groźna ani pełna tumultu. Obaj twórcy inaczej traktują też światło - i nie mam tu na myśli luksów, tylko metafizykę. U Caravaggia spowija ono postaci jak całun, nie widać też zwykle, skąd się bierze. Światło de la Toura ma określone źródło: latarnię, świecę, żarzący się węgielek. Rzeczy nadprzyrodzone dzieją się dopiero w wyobraźni patrzącego.
Caravaggio malował wielkie religijne tematy podkreślając ich prozaiczność: święci mają brudne stopy, połamane paznokcie, pomarszczone twarze. De la Tour szedł w przeciwnym kierunku: szukał świętości i piękna w codziennym życiu zwykłych ludzi.
W 1652 roku na Lotaryngię spadła kolejna epidemia, żadna czarna śmierć, lecz atakujący płuca wirus w rodzaju grypy czy covidu. Choroba zabrała najpierw żonę malarza, potem jednego ze służących, dosięgła też w krótkim czasie samego artysty. 59-letni de la Tour nie zostawił testamentu. Jego syn Etienne, który zajmował się malarstwem, w latach 70-tych siedemnastego stulecia porzucił ten fach i został pełnoetatowym szlachcicem.

Obrazy de la Toura wiszą w muzeach na całym świecie. Natkniecie się na nie w Paryżu, Nantes, Rennes, Grenoble, Berlinie, Brukseli, Londynie, Sztokholmie, Lwowie, Tokio, Waszyngtonie, Nowym Jorku, i to wcale nie jest koniec listy. Myślę, że za każdym razem będzie to piękna niespodzianka. Obejrzenie ich wszystkich wymagałoby odbycia podróży dookoła świata. Dlatego taką gratką jest wystawa w paryskim muzeum Jacquemart-André, czynna do 25 stycznia 2026, przedstawiająca trzydzieści dzieł artysty. Poniżej zamieszczam te, które wydały mi się najbardziej fascynujące.

Jeden z wczesnych obrazów artysty, przeczący teorii, że młody de la Tour nie malował scen nocnych. Co dokładnie przedstawione jest na płótnie? Nie mamy dziś na to jasnej odpowiedzi. Może chodzi opłacanie podatków, wpłatę funduszy na wojsko lub jeszcze coś innego. Na stole są pieniądze, dokumenty i pistolet. A dookoła cały balet gestów: dłoń licząca pieniądze, dłoń trzymająca mieszek, dłoń podtrzymująca świecę. Utrzymana w beżach i zgaszonych zieleniach kompozycja ożywiona jest dwiema plamami intensywnego koloru: to czerwone ubranie mężczyzny z lewej strony i purpurowy płaszcz (?) mężczyzny w górnym prawym rogu. Do takiej kolorystyki de la Tour wraca w kilku obrazach.

Młody artysta namalował dla katedry w Albi serię obrazów przedstawiających apostołów. Potem przyszła wielka rewolucja francuska i kolekcja została rozproszona. Sześć obrazów udało się odnaleźć, inne do naszych czasów przetrwały tylko w kopiach.

Jak namalować niewesołą starość? Można na przykład skupić się na łysiejącym coraz bardziej czole z nabrzmiałymi żyłkami. Zapadnięte oczy sprawiają wrażenie nieprzyjemnie zmrużonych, a zatopiony w myślach święty Tomasz wygląda na kompletnie nieobecnego duchem.

Do namalowania tego obrazu de la Tour używał ponoć tylko czterech pigmentów: ołowianej bieli, czerni, żółtej ochry i cynobru.

Kolejny piękny starzec namalowany (być może) przez de la Toura. Zachwyciły mnie współgrające ze sobą jasne plamy: gołębica, błyszcząca łysina, front stroju z delikatnego plisowanego batystu, emanujące światłem strony księgi. Choć to dla mnie obraz nie tyle o świetle, co o światłości.

Stary człowiek siedzi z kogutem u boku i żałuje, że się kiedyś tchórzliwie zachował. Jak pięknie podpatrzony jest ten moment! Chodzi mi o chwilę, kiedy przypomina się człowiekowi, że powiedział coś głupiego, skrzywdził kogoś nieprzemyślaną uwagą, nie zabrał głosu wtedy, gdy należało głośno krzyczeć. Kto nie zna takich sytuacji, niech pierwszy rzuci kamieniem. Albo kogutem - bo kogut na tym obrazie jest dla mnie ucieleśnieniem wyrzutu sumienia.

Zauważcie: latarnia nie stoi na stole, lecz u stóp świętego. Zupełnie, jakby nie miał on prawa albo nie chciał patrzeć na światłość. W efekcie blask świecy pada na stopy świętego (w skromnych sandałach o zachwycająco nowoczesnym kroju). Na stole zamiast lampy mamy natomiast koguta, rozłożonego w zrelaksowanej pozie, nie tkniętego ani śladem wrednego podejrzenia, że mógłby skończyć w rosole. O nie - ten kogut wydaje mi się wieczny, tak jak wieczny będzie wyrzut sumienia świętego Piotra. A czy ptak i święty nie wydają się Wam podobni? Czerwony grzebień ptaszyska przypomina kształtem rozczulający zaczes utworzony z rzednących włosów świętego. Obaj patrzą w tym samym kierunku, wypatrując moim zdaniem złowieszczego świtu, kiedy kur zapieje, a Piotr się zaprze. I tak po kres czasu - jak Syzyf pchający kamień, jak sęp niszczący wątrobę Prometeusza - bo wyrzuty sumienia są wieczne jak diamenty.

Muszę się Wam przyznać: mam całą kolekcję podobizn niezwykle brzydkich dzieci utrwalonych na płótnach wielkich mistrzów. Może bardziej obchodziła ich koncepcja Dzieciątka-Zbawiciela niż samo dziecko? Bo doprawdy, prawie nikt nie umiał namalować ładnego noworodka. Poza Georgesem de la Tourem. Tutaj mamy bowiem do czynienia z niemowlęciem idealnym, olśniewająco pięknym, wynagradzającym swoją pulchną gładkością wszelkie bóle i strachy porodu.

Niemowlę namalowane przez de la Toura jest doskonałe, idealne, boskie. Jeśli założymy, że piękno płynie z wnętrza i znajduje wyraz w zewnętrznej urodzie, mamy prawo podejrzewać, że nie jest to pierwszy z brzegu petit Nicolas czy inny Jean-Pierre, lecz zbawiciel ludzkości. Podejrzewam zresztą, że tylko tak piękne niemowlę mogłoby udźwignąć szpetne ludzkie grzechy. To jednak tylko podejrzenia, bo odmalowana na obrazie scena nie zawiera żadnych atrybutów świętości. Jeśli oczywiście nie weźmiemy pod uwagę tego niezwykłego światła, które sugeruje, że dwie młode panie i niemowlę to akurat Matka Boska, święta Anna i dzieciątko. Taka sytuacja.
„Kołyska buja się nad otchłanią, a zdrowy rozum podpowiada, że nasze istnienie jest tylko wąską szczeliną światła między dwiema wiecznościami ciemności”. Tak rozpoczyna się pierwszy rozdział autobiografii Vladimira Nabokova Pamięci, przemów (przekład A. Kołyszko). Musiałam. Bo nie ma lepszego momentu, by przypomnieć to świetne zdanie.

Obraz ma cztery różne wersje (wiszą w muzeach w Los Angeles, Waszyngtonie, Nowym Jorku i Paryżu). Na każdej zatopiona w rozmyślaniach kobieta jest zwrócona bokiem do widza (bo nie Ty, widzu, jesteś tutaj ważny). Na każdej jest czaszka i paląca się świeca, czyli klasyczne rekwizyty służące do zbudowania martwej natury typu vanitas, przypominającej o nieuchronnym przemijaniu i marności rzeczy doczesnych.

Na dwóch obrazach pojawia się lustro, symbol podwójny, odwołujący się do poznania i próżności. Mamy wersję de luxe, z symbolami bogactwa (sznury pereł, bogato zdobione ramy), jest też wersja zgrzebna, ze sznurem do biczowania i grubymi księgami oraz wersja z niepokojąco kopcącym knotem. Najróżniejsze rzeczy skłaniają ludzi do zadumy. Tym, co zachwyca mnie w każdym z tych czterech obrazów, jest emanująca z nich cisza. Mam dziwną pewność, że za oknem pokoju, w którym siedzi Magdalena, nie szczeka pies, nie gra Zenek Martyniuk, nie odbywa się pokaz sztucznych ogni ani półmaraton. Może i ma ta Magdalena niewesołe powody do rozmyślań, ale jej cicha zaduma działa kojąco.

Zatrzymany oddech, między ciemnością a mającym ją rozjaśnić ciepłym światłem. Krótki przebłysk zawieszony w czasie między dwoma obszarami ciemności, jak olśnienie między dwiema wielkimi tajemnicami. Widzicie w tym metaforę ludzkiego życia? Ja tak. I wiecie co? Gdybym miała kiedyś zostać posiadaczką któregoś z płócien de la Toura, wybrałabym właśnie ten skromny obrazek. Mogłabym nawet wywalić dla niego wszystkie inne ozdoby z sypialni, jak to uczynił Ludwik XIII.
„U de La Toura bogowie obchodzą się bez niebios, aniołowie bez skrzydeł, a duchy bez cieni.”
Pascal Quignard, Noc i cisza, 1995 (tłumaczenie, obawiam się, moje własne)

Czy przedtawiony na obrazie człowiek w pozycji półleżącej wygląda Wam na kogoś, kto spędził siedem lat pod schodami, nie myjąc się i spożywając tylko to, co rzucili mu litościwi ludzie? Jak dla mnie mężczyzna ten prezentuje się, jakby właśnie zemdlał po wyjściu od krawca, który dopasował mu żakiet do wyszczuplonej sylwetki oraz od modnego barbera, który wystylizował mu brodę oraz nałożył nawilżającą odżywkę na włosy. Urodziwa długowłosa osoba, która nachyla się nad świętym i po bliższym poznaniu okazuje się młodym służącym. Sprawdza on za pomocą kawałka materiału, czy z ust leżącego dobywa się oddech.

Leżący człowiek jest na obrazie jak kot Schroedingera, jednocześnie żywy i martwy. Zawieszona w czasie chwila trwa wiecznie i zawiera w sobie najważniejszą tajemnicę ludzkiego istnienia, która jest jednocześnie tajemnicą śmierci. Najbardziej dynamiczna część tej kompozycji to dla mnie buchający z pochodni płomień, któremu niewiele brakuje by podpalić pióro na czapce służącego. Nie wiem, czy to symbol żarliwej wiary czy płomień nadziei. Fascynująca jest też twarz służącego. Gładka i niewzruszona, przywodzi mi na myśl pomocniczy rysunek towarzyszący pierwszemu zdaniu wszelkich instrukcji na czas katastrofy, Po pierwsze, zachowaj spokój.

Późne dzieło malarza (porównajcie z Wpłaconymi pieniędzmi) jest wygładzone, uproszczone i pozbawione zbędnych detali. Jedyna w pomieszczeniu świeca daje zadziwiająco dużo światła, które jest dodatkowo wzmocnione odbiciami w metalowych pancerzach. Gra w kości nie jest czynnością niewinną, przynajmniej w naszej chrześcijańskiej kulturze - i zawsze będzie kojarzona z grą rzymskich żołnierzy o tunikę Chrystusa. Na obrazie brak jednak jakichkolwiek religijnych odniesień. Najbardziej intryguje mnie mężczyzna z lewej strony, palący w zamyśleniu ceramiczną fajkę, zdystansowany do rozgrywającej się w pomieszczeniu sceny. Wynik gry najwyraźniej wcale go nie interesuje.

Jeden z ostatnich obrazów malarza. Żadnych dekoracji ani zbędnych detali, tylko ta prosta scena: chudy młody człowiek karmi jagniątko. Obaj oświetleni są mocnym bocznym światłem, przypominającym mi najbardziej księżycową poświatę. To jeden z bardzo nielicznych obrazów de la Toura, na którym artysta nie namalował źródła światła. Światło jest dalekie, nie-ziemskie. Może właśnie dlatego ten obraz przyprawia mnie o ciarki. Jest jak ostateczne pożegnanie w momencie, kiedy została już tylko ciemność i pustka. Niesie przeczucie zbliżającego się cierpienia, ale również (bo nadzieja, podobnie jak wyrzuty sumienia, nie umiera nigdy) - obietnicę zbawienia.
Wystawa Georges de la Tour w Musée Jacquemart-André w Paryżu czynna jest do 22 lutego 2026. Uwaga: rezerwujcie bilety z wyprzedzeniem, przez internet, bo wystawa przyciąga wielu zwiedzających.




Komentarze