• Katarzyna Stachowicz

W osiemdziesiąt światów dookoła dnia

Zaktualizowano: 27 paź

Próba ogarnięcia słynnej weneckiej wystawy najbardziej przypomina mi objazdową wycieczkę autokarową w stylu „dwanaście stolic w tydzień”.


Może dlatego tytuł zapomnianej powieści Cortázara wrócił do mnie podczas zwiedzania Biennale? Z jednej strony, nie sposób wszystkiego zobaczyć. Z drugiej - trudno odmówić sobie zatrzymywania się przy kolejnych eksponatach. Mam tu to samo, co w wielkich muzeach: niby przyszłam tylko popatrzeć na Straż nocną albo Świętą Annę Leonarda, ale kusi tyle innych rzeczy, że nie daję rady tak po prostu przejść dalej.

Instalacja Giulia Cenci, Biennale Wenecja 22
Na dobry początek - taniec śmierci: konstrukcja z elementów pochodzących z zakładów przemysłowej hodowli zwierząt, plus aluminiowe odlewy postaci ludzkich i zwierzęcych. Giulia Cenci, dead dance, 2021-22 / Arsenale

Tegoroczna, 59.-ta edycja Biennale jest wyjątkowa. Po pierwsze, jest spóźniona o rok (przez pandemię). Ale to jeszcze nic. No bo pomyślcie, jak wygląda przeciętna wystawa sztuki: składa się głównie z prac mężczyzn, kobiety występują w homeopatycznej dawce (ma to najwyraźniej dawać poczucie, że jest jakaś równowaga), czasami w roli uzdolnionych żon (często z cieniem mężów w tle, jednakowoż) lub po prostu jako skąpo odziane ciała przedstawione na obrazach.


Aż tu na Biennale - nieoczekiwana zamiana miejsc! Wystawiane są prace 213 artystów z 58 krajów, i tylko 22 twórców to mężczyźni. Jest też sporo debiutów. Aż 180 osób pojawia się na Biennale po raz pierwszy. Po raz pierwszy swoje własne pawilony mają Kirgistan, Kazachstan i Uzbekistan, co świadczy o być może niewielkiej, ale przyjemnej zmianie.

Po raz pierwszy w 127-letniej historii wystawy większość eksponowanych na Biennale dzieł wyszła spod kobiecej ręki.

Biennale narodziło się ponoć w Café Florian przy Placu Św. Marka. W 1894 roku grupa artystów i pisarzy, zbierająca się regularnie w słynnej kawiarni, wpadła na pomysł zorganizowana wielkiej wystawy. Inicjatywę wspierał Riccardo Selvatico, postępowy burmistrz Wenecji, po godzinach urzędowania spełniający się jako poeta i dramatopisarz. Grupa działała skutecznie, bo pierwsze Biennale odbyło się zaledwie rok później.

Na początku XX wieku pojawiła się koncepcja „pawilonów narodowych”: państwa miały wykupić miejsce i sfinansować swoją własną przestrzeń wystawową. Idea chwyciła: pierwsza zgłosiła się w 1907 roku Belgia, a za nią Węgry, Wielka Brytania i Niemcy.

Pawilony funkcjonują do dzisiaj. Projektowane były zgodnie z aktualnymi trendami, różnią się więc mocno miedzy sobą: najstarsze są w stylu klasycznym, najnowsze zbudowano natomiast według reguł modernizmu z lat 60-tych.

Dawniej Jugosławia, dziś tylko Serbia.

Okazuje się też po raz kolejny, że dłużej klasztora niż przeora: niektóre pawilony przetrwały zatem dłużej, niż państwa, które je wybudowały.

Pawilon rosyjski, Biennale 2022.

Kuratorzy rosyjskiej wystawy i rosyjscy artyści sami wycofali się z uczestnictwa, oszczędzając organizatorom nieprzyjemności roztrząsania dylematu przyjmować/nie przyjmować. W kwietniu pod pawilonem odbywały się mniej lub bardziej nagłośnione antywojenne demonstracje. We wrześniu zamknięty na głucho budynek nie budził już wielkich emocji.

Polski pawilon, Biennale, Wenecja 2022
Wejście do polskiego pawilonu, Wenecja 2022.

Teren zajmowany przez Biennale to bardzo przyjemna część Wenecji: wschodnia dzielnica Castello. Do zwiedzania są dwie wielkie części wystawy, w Giardini i w Arsenale, położone w odległości krótkiego spaceru jedna od drugiej. Najmilej zwiedza się wystawę w Giardini, bo to rzeczywiście ogród, w którym chodzicie od pawilonu do pawilonu. Jest tam miejsce, żeby przysiąść i popatrzyć na lagunę, nie trzeba walczyć o kawę czy szklankę wody, jest oddech i cisza.

To, co oglądamy na Biennale współgra z goszczącym wystawę miastem, które jest dość nierzeczywiste i szokująco inne od reszty świata.

Większe wyzwanie niż Giardini to dla mnie Arsenale. Główna przestrzeń wystawowa zajmuje salę długaśną jak galeria w Luwrze. I równie trudno jak w Luwrze jest tu znaleźć toaletę czy spokojne miejsce do wypicia kawy i zebrania myśli. Jest też co oglądać w pomniejszych pawilonach na terenie dawnego Arsenału, w otaczającym je parku oraz na wyspie, do której można dopłynąć specjalnym promem. Warto na pewno rozejrzeć się po tych miejscach, bo to mało znana, a fascynująca część miasta.

Ciekawa jestem, czy komukolwiek udało się dokładnie obejrzeć (i zrozumieć) całość Biennale. Wydaje mi się to możliwe, pod warunkiem, że przeprowadzicie się do Wenecji na miesiąc i zatrudnicie przewodnika, który pomoże Wam wyłapać wszystkie smaczki. A także skoordynuje plan dnia, by wyrobić się w godzinach otwarcia dodatkowych wystaw, rozsianych po całej Wenecji i kilku wysepkach. My na te przyjemności mieliśmy trzy dni: jeden w Giardini, jeden w Arsenale, plus trochę czasu na rzeczy dodatkowe. Jestem przekonana, że spokojnie można się zdecydować na dwudniowy bilet, bo i tak lepiej założyć z góry, że oglądamy tylko wybrane rzeczy.

Konia z rzędem temu, kto da radę to wszystko ogarnąć! Na tegorocznym Biennale można obejrzeć 1400 dzieł sztuki, a wystawy przygotowane przez różne kraje mieszczą się w 80 pawilonach.
Lorenzo Quinn, Building Bridges
Lorenzo Quinn, Building Bridges/Budując mosty, 2019 /Arsenale

Bardzo ciekawe recenzje Biennale znajdziecie na stronach dwutygodnik.com, napisane przez krytyków sztuki. Ja proponuję coś skromniejszego: obrazkowy przewodnik po najsłynniejszej wystawie świata. Nie piszę o nagrodach ani o pracach najczęściej pojawiających się w prasowych relacjach. Chcę Wam za to opowiedzieć o tym, co mnie ujęło lub zaintrygowało. Piszę tylko o sztukach plastycznych - Biennale obejmuje również muzykę, teatr, kino i architekturę.

 Cecilia Vicuňa, Martillo y Repollo
Jak namalować poezję? Cecilia Vicuňa, Martillo y Repollo /Młotek i kapusta, 1973/ Arsenale

Oczywiście, prace nad przygotowaniem wystawy zaczęły się znacznie wcześniej, nim wybuchło kolejne piekło. Trudno jednak nie zauważyć, jak bardzo Biennale wpasowało się w stan powszechnego niepokoju.

Granice człowieczeństwa, relacje ludzi z naturą, z tym co nad-ludzkie i z tym, co nie-ludzkie, relacje człowieka z człowiekiem - nad tym wszystkim zdają się zastanawiać artyści. Stawiają też często pytanie (dla mnie jednak czysto akademickie): jak będzie wyglądał świat bez ludzi?
Co po Homo Sapiens? Marguerite Humeau, Migrations/Migracje, 2022 / Arsenale

Mam słabość do surrealizmu, więc zachwyciło mnie, że tak wiele miejsca poświęcono twórczyniom i twórcom tego nurtu. Jedna z zaprojektowanych przez Cecilię Alemani „kapsuł czasu”, tematycznych mini-wystaw, to przegląd prac surrealistek z połowy XX wieku. Znajdziecie tam między innymi dzieła Meret Oppenheim, Leonor Fini, Leonory Carrington i Dorothei Tanning. Ale także wielu współczesnych artystów daje jasno do zrozumienia, że surrealism is not dead.

Obraz, Biennale Wenecja
Na dziwną wysoką nutę. Ovartaci, Women in music/Kobiety w muzyce, data powstania nieznana / Giardini

Dlaczego moda na ten dziwny kierunek w sztuce nigdy się nie skończyła? Jako osoba złośliwa z natury, powiedziałabym, że surrealistyczne obrazy są atrakcyjne wizualnie, a do tego nie trzeba udawać, że się je rozumie. Ale myślę, że jest w tym coś głębszego. Surrealizm oferuje drogę ucieczki - w sen, fantazję, nierzeczywistość, absurd. Odwołuje się też do rytuałów i myślenia magicznego, towarzyszących nam częściej, niż zdajemy sobie z tego sprawę. Jest więc skrojony na ciężkie czasy, kiedy rzeczywistość staje się trudna do wytrzymania.

Tytuł tegorocznego Biennale, Mleko snów, kuratorka wystawy Cecilia Alemani zaczerpnęła z surrealistycznej baśni Leonory Carrington. Nie mogła wybrać lepiej: w opowieści Carrington głównym motywem jest metamorfoza.
Grafika Birgit Jurgenssen
Ostre z natury. Birgit Jürgenssen, Untitled/Bez tytułu, 1974 / Giardini

Niejasność sytuacji, niestałość granic, niestabilność, niepewność przyszłości. W surrealizmie te niemiłe odczucia wyrażane bywają prostym zabiegiem: wystarczy pokazać najzwyklejsze przedmioty, które nagle stają się dziwne i obce.

Grafika Meret Oppenheim
Zwierciadło duszy? Meret Oppenheim, Der Spiegel der Genoveva / Zwierciadło Genowefy, 1967 / Giardini

Uderzyło mnie, jak wiele miejsca na tej wystawie poświęcono różnego rodzaju rytuałom. Zarówno religijnym (jedna z autorek wyszywa z cekinów przedziwne sztandary voodoo, inna bada kubańskie ceremonie pogrzebowe), ale także świeckim: rodzinnym świętom i codziennym czynnościom, które przez swoją powtarzalność utwierdzają nas w przekonaniu, że wszystko ma jakiś porządek.

Wyszywany sztandar voodoo
Dziwne i pracochłonne: do pomocy przy wyszywaniu sztandaru voodoo artystka zaprzęgła czwórkę swoich dzieci, a praca zabrała cztery miesiące. Myrlande Constant, Rasanbleman soupe tout eskòt yo, 2019 / Arsenale

Tegoroczne Biennale mówi o powrocie do niewielkiej skali, do lokalnych społeczności. A w wielu komentarzach do prac pojawia się określenie „wernakularny”. Od razu się przyznam, że musiałam je sprawdzić w słowniku. (Myślałam, że nie spotka mnie już nic gorszego niż „redundantna idiosynkrazja” z niezapomnianych czasów magisterki, ale człowiek uczy się przez całe życie.) A zatem, wernakularny oznacza mniej więcej „zakorzeniony w lokalnej tradycji”. Na przykład język wernakularny to ten używany przez niewielką społeczność, w przeciwieństwie do szeroko stosowanej lingua franca. I to by się zgadzało: ideą Biennale, nie tylko zresztą tegorocznego, jest pokazywanie bogactwa lokalnych wspólnot.

Wystawa zdjęć w Fondaco dei Tedeschi, Wenecja
Retrospektywa zdjęć marokańskiej artystki, zabitej w zamachu terrorystycznym w Ouagadougou w 2016 roku. Leila Alaoui/Unseen Stories /Niewidziane historie, 2010-14 / Fondaco dei Tedeschi

Dużo na wystawie jest „robótek ręcznych”: prac utkanych, wyszytych, wyhaftowanych, uplecionych. Pierwsze, dość prymitywne skojarzenie jest takie, że to typowe kobiece zajęcia, no a na Biennale jest przecież większość kobiet w tym roku… Z drugiej strony, wszystkie te czynności mogą symbolizować proces tworzenia świata - o tkaniu wątków i sieciach współzależności pisałam szerzej w tekście o pająkach i pajęczynach.


Artystki, które doszły do głosu w tym roku w Wenecji, zdają się czasem mówić: robi się dziwnie i niebezpiecznie, więc zamiast podbijać świat, trzeba go zacząć naprawiać - cerując, zszywając, karmiąc, zasklepiając rany. I doprawdy nie powinny to być czynności zarezerwowane wyłącznie dla kobiet.

Sztuka z recyklingu, Biennale Wenecja
Sztuka z recyklingu: pleciona z przewodów elektrycznych, mikroczipów i części komputerów. Elias Sime, Red Leaves/ Czerwone liście, 2021; Veiled Whispers/ Zawoalowane szepty, 2021/ Arsenale
Bardzo lubię czytać podpisy pod pracami. Ale te na Biennale często mnie irytowały. Miałam wrażenie, że są przegadane, a niewiele mówią. Czytałam je i po włosku, i po angielsku, ale równie dobrze mogłyby być w suahili, którym akurat nie władam.
 
Katharina Fritsh, Słoń,  Giardini
Zrobieni w trąbę. Katharina Fritsh, Elefant/Słoń, 1987, Pawilon główny/ Giardini

Pierwszy eksponat w głównym pawilonie Giardini wygląda jak wypchane zwierzę, ale zrobiony jest z lakierowanego drewna i poliestru. Słoń jest przyjemnym symbolem: w wielu kulturach kojarzy się go ze szczęściem, spokojną siłą, opiekuńczością, kobiecością, macierzyństwem. Niepokojąco realistyczny wizerunek słonia na piedestale ujęty jest jednak w pewnego rodzaju cudzysłów. Na ścianach wielkiej sali wiszą lustra, mamy więc wielką ilość słoni, z których żaden nie jest prawdziwy.

Musicie przyznać, że to sprytne otwarcie wystawy, która mówi o pomieszaniu czasów i rzeczywistości. A dodatkowo zgrabne nawiązanie do prawdziwego zwierza: w parku mieszkał w XIX wieku słoń Toni, nazywany przez lokalnych więźniem Ogrodów.

 
Remedios Varo, Armonía
Remedios Varo, Armonía (Autorerretrato sugerente) / Harmonia (Autoportet sugerujący), 1956 / Giardini

Obrazy Remedios Varo są dla mnie jak Jan Marcin Szancer na prochach. Rysowane delikatną kreską, urodziwe, smukłe postacie oddają się zwykle dziwnym czynnościom w równie dziwnych wnętrzach. Przypominają mi bohaterów książek tylko pozornie przeznaczonych dla dzieci, mniej więcej takich, jak straszne baśnie Neila Gaimana.

Remedios Varo, Simpatía (La rabia del gato)
Zagmatwane związki. Remedios Varo, Simpatía (La rabia del gato) / Współczucie (Wściekłość kota), 1955 / Giardini

Tak czy owak, jeśli lubicie rzeczy niejasne, pełne zagadkowych szczegółów, nie zawsze oczywistych zapożyczeń i przeplatających się wątków, w części wystawy poświęconej surrealistkom, zatytułowanej „Kołyska czarownicy” (Culla della Strega) poczujecie się jak w niebie (lub raczej w chatce z piernika).

 
Paula Rego, Gepetto myjący Pinokia,
Nie kłam kochanie. Paula Rego, Gepetto Washing Pinocchio / Gepetto myjący Pinokia, 1996 / Giardini

Zmarła w zeszłym roku Paula Rego mieszkała w Portugalii w czasach Salazara. A wątpliwy urok epoki odmalowywała czerpiąc ze specyficznych źródeł: twórczości Goyi i Doré’go, z portugalskich bajek i cukierkowych filmów Disneya.


Robiła to jednak na swój sposób. Popatrzcie na przykład na obraz powyżej: tytuł nawiązuje do opowieści Collodiego, ale na tym bajka się kończy. Bo co my tu mamy? Zesztywniałe dziecko, ojca w fartuchu, niepokojącą czerwoną szmatkę, plastikowe wiadro. Kompozycja wydaje mi się zapożyczona z piety, ale cała reszta - z tego skandynawskiego serialu kryminalnego, którego nie mogę oglądać, bo za dużo w nim przemocy wobec dzieci.

Paula Rego, Oratorio /Oratorium,
Do czego się modlimy? Paula Rego, Oratorio /Oratorium, 2009 / Giardini

Dziwny ołtarz/szopka/szafa przedstawia całą galerię postaci, którym - jak wynika z umieszczonego obok opisu dzieła - winni jesteśmy współczucie. Moją uwagę przyciągnęła zwłaszcza kobieta z prawego skrzydła. Jej niepokojący gest najpierw przypomniał mi Michaela Jacksona wywieszającego swojego synka z balkonu (nie da się odzobaczyć, choć od lat próbuję). Potem jednak wydał mi się zupełnie inny w wymowie.

Niebieskie prześcieradło, tło dla wiszącego za nogę dziecka, kojarzy się z ochronnym płaszczem Matki Boskiej, ale na tym ciekawych rzeczy nie koniec. Przypomnijcie sobie historię Achillesa: matka wykąpała go w dającej nieśmiertelność wodzie, trzymając chłopczyka za stopę. A teraz spójrzcie na minę odmalowanej przez Rego kobiety. To jedyna postać w tym całym bardzo złożonym dziele, która się nie boi. Za nią czai się demon, ale ona wie swoje. Podpis pod dziełem sugeruje, że to scena dzieciobójstwa. Dla mnie jest co najmniej dwuznaczna.

 

Tytuł wystawy w pawilonie reprezentującym Wenecję? Alloro, czyli wawrzyn. Symbol metamorfozy, ucieczki, przejścia w inny byt, nieśmiertelności.

Ottorino De Lucchi, Best Wishes, Bukiet wawrzynu
Ottorino De Lucchi, Best Wishes /Najlepsze życzenia, 2022, Pawilon Wenecki / Giardini

Wprowadzenie do wystawy stanowi hiperrealistyczny obraz Best Wishes Ottorina De Lucchini. Uzupełnia go instalacja Lympha Paola Fantina, nawiązująca do mitu o Apollonie i Dafne (nimfa w ucieczce przed nachalnymi zalotami boga została zamieniona w drzewo laurowe)

„Wszystko się zmienia, nic nie umiera, wszystko przemija, a każdy obraz rodzi się z ruchu”
Instalacja, przemijanie, metamorfoza
Zapuszczanie korzeni. Paolo Fantin, Lympha, 2022 , Pawilon wenecki / Giardini

Miałam ochotę podejść do rudej kobiety i ją uszczypnąć, bo nie mogłam uwierzyć, że to manekin. Miedzianowłosa piękność znika w kolejnej sali, zostaje tylko puste białe łoże. W kolejnym pomieszczeniu rośnie na nim wawrzyn. Laurowe drzewko jest jak żywe i znowu macie ochotę sprawdzić, w czym zanurzone są jego liście: czy to mleko, mgiełka, lód… Od razu się przyznam, że koncepcja pt. „wszystko mija” wydała mi się mało oryginalna, ale instalacja zrobiła na mnie spore wrażenie.

 
Małgorzata Mirga-Tas, 2022, Pawilon polski
Małgorzata Mirga-Tas, Przeczarowując świat, 2022, Pawilon polski / Giardini

Bajecznie kolorowe patchworkowe dzieło Małgorzaty Mirgi-Tas najbardziej przypomina mi namiot. W dodatku wywrócony na lewą stronę: świat znajduje się bowiem wewnątrz namiotu, a nie dookoła niego. Płócienne ściany, zamiast izolować od świata, otwierają go przed widzem. A na ścianach: cała opowieść. A raczej trzy równoległe opowieści, przedstawione na trzech poziomych pasach.

Polsko-romska artystka Małgorzata Mirga-Tas szyła swoje dzieło w Zakopanem, w nieczynnym hotelu Imperial, wraz z grupą pomagających jej góralek.

Na dole oglądamy to, co rzeczywiste: życie w romskich osiedlach na Podhalu i codzienne czynności, od kopania ziemniaków i skubania pierza, przez wieszanie prania i gotowanie, po chorobę i umieranie. Na samej górze jest strefa wyobrażeń i opowieści: historia mitycznej wędrówki romskich społeczności do Europy. Panel na środku przedstawia znaki zodiaku i wybrane przez autorkę ważne dla niej romskie kobiety.

Jak to przyjemnie, że polski pawilon nie dmie w patriotyczne surmy, ale porusza tematykę rzadko pojawiającą się w publicznej przestrzeni. Opowiada mianowicie o największej europejskiej mniejszości, wszechobecnej, ale postrzeganej jako obca, obciążonej wieloma stereotypami. Z wielkoformatowej wyszywanej opowieści wyczytamy coś zaskakującego - a mianowicie, że wiele doświadczeń mamy wspólnych.

Na środku stoją fotele jak z klubokawiarni, przewiezione tu ze wspomnianego wyżej hotelu Imperial - można więc usiąść i spokojnie rozejrzeć się dookoła. Miło też zobaczyć, że wprowadzenie do wystawy napisane jest i po polsku, i po romsku.

 
Ufe Isolotto, We Walked the Earth Pawilon duński  Biennale
Wizja lokalna. Ufe Isolotto, We Walked the Earth / Chodziliśmy po Ziemi, Pawilon duński /Giardini

W pawilonie duńskim widzom rzedną miny. To miejsce nieprzyjemne, bo opowiadające o strachu. Wspominałam już o niepokojąco realistycznych woskowych figurach: tutaj wrażenie dyskomfortu potęguje stan, w jakim te figury się znajdują.

Wnętrze wygląda jak stajnia. W środku: dwa martwe centaury. Wszystko dookoła się rozpada, ktoś wyłamał drzwi do boksu, siano jest poczerniałe, a łuszczące się ściany mają nieprzyjemne krwiste zacieki. Na haku wisi dziwny strój (do jazdy na centaurze?), w innym miejscu suszy się świński udziec. „Chodziliśmy po Ziemi”, głosi napis na ścianie. My to znaczy kto? Centaury, zabite przez ludzi jak wiele innych gatunków? A może my - ludzie? Pozostaje jeszcze pytanie, co oglądamy: mitologię czy postapokalipsę?

 
Pawilon Saami / Krajów Nordyckich

Tuż obok duńskiego pawilonu znajduje się pawilon Krajów Nordyckich, w tegorocznej edycji poświęcony wyłącznie kulturze ludu Saami z północy Europy.

Jeden z zagadkowych eksponatów w pawilonie Saami.

Wystawiane eksponaty trochę nas przerosły. Ale zachwycił nas sam pawilon. Pełen światła, zrobiony z surowego betonu, wyrafinowany w prostocie, doskonale oświetlony przez ażurowy przeszklony dach i wielkie okna, zaprojektowany tak, że światło nie pada na bezpośrednio na eksponaty. To chyba najpiękniejsza przestrzeń wystawowa na terenach Biennale. We wnętrzu rośnie kilka drzew, których pnie przebijają się przez dach budynku. Jak na to patrzę, wierzę w pokojowe współistnienie gatunków (choć lepiej wtedy nie wracać, nawet myślami, do pawilonu duńskiego).

 
Simone Leigh, Sovereignty, pawilon USA
Czarna bogini nastawiona na odbiór. Simone Leigh, Sovereignty/Suwereność, pawilon USA / Giardini

Pierwszy raz w historii Biennale Stany Zjednoczone reprezentuje czarna artystka: mieszkająca w Nowym Jorku Simone Leigh. A pawilon wypełniony jest pracami przedstawiającymi postaci kobiece. Kobieta-bogini w wejściu, czarna służąca(?) przy praniu, sfinks, delikatna czarna dama w krynolinie z białej ceramiki.

Simone Leigh, Sovereignty/Suwereność, pawilon USA / Giardini
Simone Leigh, Sovereignty/Suwereność, pawilon USA / Giardini

Sama Leigh mówi, że jej prace skierowane są do czarnych kobiet i one je najlepiej rozumieją. Mnie wydały się piękne, ale dość nieprzeniknione. Bije też z nich niezwykła siła - tak jakby wysyłały komunikat, że bardzo trudno byłoby je zniszczyć. Może to właśnie jest tytułowa suwerenność?

 
Niejasny punkt widzenia. Ilit Azoulay, Queendom, pawilon izraelski / Giardini

Do swoich kolaży izraelska artystka Ilit Azoulay używa zdjęć z archiwum Davida Storma-Rice’a, naukowca, który badał średniowieczne islamskie przedmioty z metalu. W skomplikowanych kompozycjach odnaleźć więc można motywy ze starych irańskich mis, wzory tłoczone na hełmach tureckich wojowników, fragmenty arabskich mieczy i tarcz, zabytkowe lustra i tace. Cel, jaki przyświeca artystce ujęty został takimi słowami: „poszukiwanie innych form przekazywania wiedzy niż te europocentryczne, linearne i zdominowane przez mężczyzn”. No, to wszystko jasne...


Tak czy owak, te dość niezrozumiałe prace wydały mi się piękne. Podobnie jak pomysł stworzenia „kobiecej” przestrzeni: obicie kolumn pluszem w kolorze ultramaryny czy urządzenie ogrodu-oazy wokół budynku.

 
Yungchul Kim, Gyre, Pawilon Republiki Korei
Niekończący się cykl tworzenia i wymierania. Yungchul Kim, Gyre/Ruch wirowy, Pawilon Republiki Korei /Giardini

Koreański artysta Yungchul Kim jest ewidentnie człowiekiem renesansu: w swoich pracach łączy wiedzę z tak różnych dziedzin jak filozofia i chemia, matematyka i antropologia, mitologia i fizyka, moda i literatura. A efekt jest zadziwiający, bo skomplikowane mechaniczne instalacje sprawiają wrażenie ożywionych.

Zgromadzone w koreańskim pawilonie obiekty pulsują, poruszają się i wydają dźwięki, ale jakby tego było mało, połączone są też między sobą czymś w rodzaju systemu nerwowego. Poszczególne elementy wystawy wchodzą ze sobą w interakcje, zupełnie jak żywe organizmy: impulsy wysyłane przez jedną z maszyn wpływają na wszystkie pozostałe. Warto zajrzeć, zobaczyć na własne oczy i pewnie poczuć się trochę nieswojo.

 
Piazza Ucraina/Plac Ukrainy, Biennale, Wenecja
Piazza Ucraina/Plac Ukrainy, projektu architektki z Kijowa Dany Kosminy / Giardini

Niedaleko od pustego pawilonu rosyjskiego znajduje się miejsce poświęcone Ukrainie. Nie pawilon, lecz plac przypominający rynek miasta ogarniętego wojną. W centralnym punkcie stoi coś, co w normalnych warunkach byłoby pomnikiem, widać jednak tylko worki z piaskiem chroniące dzieło przed zniszczeniem. Tak wyglądałaby pewnie rzeźba Simone Leigh, gdyby stała nie na nowojorskiej alei, lecz na placu w Żytomierzu.

Plac otacza nadpalona drewniana konstrukcja, na której wiszą, jak plakaty, reprodukcje dzieł sztuki powstających niemal w czasie rzeczywistym. Są jak wstrząsający komentarz do bieżących wydarzeń.

 
Rzeźba Simone Leigh, Brick House, Biennale, Wenecja
Sytuacja bez wejścia. Simone Leigh, Brick House/Ceglany dom, 2019 / Arsenale

Ogromna, prawie trzytonowa figura pięknej czarnoskórej kobiety stała najpierw na nowojorskiej High Line. Górująca nad 10th Avenue rzeźba musiała robić niesamowite wrażenie.

To pierwsza rzecz, na jaką traficie wchodząc do Arsenale, do głównego budynku o nazwie Le Corderie. Rzeźba Leigh to przedziwna hybryda, trochę kobieta, trochę dom z gliny, wzorowany na budynkach typowych dla Togo, Czadu i Kamerunu. Dość szokujące było dla mnie to, co odkryłam już po wyjściu z wystawy: dzieło Leigh nawiązuje do budynku amerykańskiej restauracji Mammy’s Cupboard. Pamiętacie scenę z Przeminęło z wiatrem, w której czarna służąca sznuruje gorset Scarlet O’Hary? Ta służąca to Mammy: opiekunka, karmicielka i niewolnica.

Restauracja nosząca jej imię znajduje się, a jakże, w stanie Missisipi: budynek ma kształt czarnej kobiety, a sala jadalna mieści się pod jej spódnicą. Co samo w sobie jest, jakby to ująć, ekscentryczne. Dach budynku wieńczy wielki tors czarnej kucharki trzymającej tacę. Żeby było jeszcze dziwniej, od kilku lat trwa zabawa w rozjaśnianie twarzy i rąk kobiety (najwyraźniej lokalni zdali sobie sprawę, że coś jest z tym miejscem niehalo): karnacja ewoluuje, sądząc ze zdjęć, od ciemnego mahoniu w stronę późnego Michaela Jacksona.

Rzeźba Simone Leigh nie ma rąk do trzymania czegokolwiek, nie ma też oczu. Ma za to przepiękną twarz i misternie zaplecione warkoczyki. I raczej mówi o sile niż o rasistowskich stereotypach.

 
 Belkis Ayón / Yo te di el poder
Widzę cię. Belkis Ayón / Yo te di el poder / Dałem ci władzę, 1994 / Arsenale

Piękną czarną kobietę bez oczu otaczają obrazy z postaciami, które mają tylko oczy. Belkis Ayón, artystka z Kuby, inspirację czerpie z rytuałów tajnego afro-kubańskiego bractwa Abakuá. Legendy bractwa opowiadają na przykład o księżniczce Sikán, tradycyjnie przedstawianej bez twarzy.

 
Instalacja Gabriela Chaile / Arsenale

Gabriel Chaile z Argetyny robi wielkoformatowe portrety swojej rodziny. Nie wiem, czy byście na to wpadli, patrząc na ogromne gliniane pieco-naczynia. Choć jeśli chwilę pomyśleć, to niegłupia koncepcja: prace Chaile kojarzą się z domem, ciepłem, wsparciem, dawaniem żywności, społecznością, w lepieniu z gliny jest też bardzo wyraźne odniesienie do stworzenia Adama.

Niekonwencjonalny portret prababci artysty. Gabriel Chaile, Rosario Liendro , 2022 / Arsenale

Na Biennale na pewno (bo nie da się ich minąć) obejrzycie grupę pięciu wielkoformatowych rzeźb, z których każda symbolizuje członków rodziny artysty: prababcię i dwie pary dziadków.

 
Obraz Ficre Ghebreyesus, Nude with Bottle Tree
Drzewo do odstraszania złych duchów. Ficre Ghebreyesus, Nude with Bottle Tree / Akt z Butelkowym Drzewem, ok. 2011/ Arsenale

Oczarowały mnie obrazy, które namalował urodzony w Erytrei Ficre Ghebreyesus. Mając kilkanaście lat emigrował z kraju wraz z całą rodziną w ucieczce przed wojną o niepodległość Erytrei. Wylądowali w Connecticut, a Ficre wraz z braćmi otworzyli w New Haven restaurację ze wschodnioafrykańskim jedzeniem. Może dlatego jego prace są jak strawa dla duszy? Bajecznie kolorowe, promieniejące szczęściem kompozycje przedstawiają postaci na granicach światów, łączą afrykańskie symbole i sceny z codziennego życia.

Ficre Ghebreyesus, Figure with Trees and Horse Head
Woda dla spragnionego. Ficre Ghebreyesus, Figure with Trees and Horse Head / Postać z drzewami i głową konia, ok. 2011 / Arsenale

Ghebreyesus pracował na dwa etaty: po godzinach w restauracji studiował sztukę i zajmował się malowaniem. Malował jednak najwyraźniej do szuflady: zmarł w 2012 roku, nie doczekawszy ani jednej wystawy.

 
Marko Jakše, Blind over Deaf
Lepiej nie gonić króliczka. Marko Jakše, Blind over Deaf / Ślepy i głuchy, 2013 / Arsenale

Moje doświadczenie z Biennale zaczyna się od surrealistów i na nich też kończy. Ostatnią wystawą, jaką oglądaliśmy w Arsenale był bowiem pawilon poświęcony twórczości słoweńskiego malarza Marko Jakše. Który umie zrobić wrażenie: pawilon z jego pracami zamiast podłogi ma klepisko, więc każda poruszająca się po pomieszczeniu osoba podnosi kłęby pyłu. Obrazy oglądamy jak we mgle, co jest doznaniem jedynym w swoim rodzaju.

Pranie w czasach Apokalipsy. Marko Jakše, Red Smoke / Czerwony dym, 2016; wystawa Without a Master, Marko Jakše, Słowenia / Arsenale

Nawet jednak wystawione w klinicznie czystej galerii dzieła robiłyby wrażenie. Jakše opowiada o zaginionych cywilizacjach, zatopionych miastach, postapokaliptycznych przestrzeniach, w których snują się dziwaczne postaci. Malarz opowiada okrutną baśń dla niegrzecznych dzieci, przerażającą i przerysowaną - jak Jaś i Małgosia w estetyce steam punku. Co tu dużo gadać, sama przyjemność.

 

Wydarzenia towarzyszące tegorcznemu Biennale


Rzeźba Antony Gormley w Studio Olivetti
Antony Gormley w Studio Olivetti

Antony Gormley jest znany i lubiany w Wielkiej Brytanii, więc w wielu miejscach można oglądać jego prace. Jeśli go nie znacie, zajrzyjcie na niewielką wystawę czasową towarzyszącą Biennale. Zorganizowano ją w niewielkim sklepie marki Olivetti przy Placu Świętego Marka. Na zachętę dodam, że wnętrza sklepu zaprojektował jeden z najsłynniejszych włoskich architektów Carlo Scarpa, a zwiedzanie zajmuje kilkanaście minut, bo wystawa jest smakowita, ale malutka.

To, co robi Gormley wydaje mi się niezwykłe. Jego projekty zmieniają otaczającą je przestrzeń, niezależnie od ich skali (artysta robi prace wielkości budynków i całkiem kieszonkowe). Mają też moc nadawania nowego znaczenia miejscu, w którym się znalazły. To nie elementy dekoracji, lecz pierwszoplanowi aktorzy! Zresztą najlepiej zobaczcie sami.

 
Anish Kapoor, Sky Mirror,  Accademia
Zwierciadło próżności, czyli ulubione miejsce na robienie selfie. Anish Kapoor, Sky Mirror / Lustro nieba, 2018 / Accademia

Prace Anisha Kapoora zobaczyć można w dwóch miejscach: w galerii Accademia i w Palazzo Manfrin. Reklamy robić mu nie trzeba, bo to chyba największy gwiazdor wystawiany teraz w Wenecji. I na pewno warto obejrzeć choć jedną z jego wystaw.


Kapoor, jak mówią krytycy sztuki, eksperymentuje z istnieniem i nieistnieniem: wykorzystuje efekty optyczne i bawi się najciemniejszym pigmentem świata, żeby „stworzyć nicość”. Jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda idealna, pochłaniająca światło czerń, obejrzyjcie jego eksperymenty z ultranowoczesnym barwnikiem o nazwie Vantablack. Są fascynujące. Wydaje mi się, że więcje jest ich w Palazzo Manfrin, gdzie oczywiście nie dotarliśmy.

 Anish Kapoor, Shooting into the Corner, Accademia
Nazywam się czerwień. Anish Kapoor, Shooting into the Corner / Strzelając w kąt, 2008-2009 / Accademia

Rozczarowały mnie natomiast eksperymenty Kapoora z czerwienią. Może dlatego, że nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że całość obliczona jest na zimno, według sprawdzonego przepisu na bestseller. Nie wykluczam, że najsłynniejsze dzieło Shooting in the Corner zyskałoby na sile rażenia, gdyby było pokazywane osobno. Tymczasem na wystawie w Accademii nagromadzenie krwawych flaków na stelażach i pryzmach daje uczucie przesytu i znużenia. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę o to w tym chodzi - chyba, że artysta prowadzi z widzem wyjątkowo przewrotną i wielopoziomową grę.

 
Wstęp do wystawy Anselma Kiefera „Questi scritti, quando verranno bruciati, daranno finalmente un po’di luce” / „Kiedy te pisma zostaną spalone, wreszcie będzie z nich trochę światła” / Palazzo Ducale

Niemiecki artysta Anselm Kiefer udekorował jedną z sal Pałacu Dożów. Traficie na nią na pewno zwiedzając Palazzo Ducale, bo wstęp na Kiefera zawarty jest w cenie biletu do Pałacu. Zdjęcia nie oddają rozmachu i rozmiaru prac - Sala dello Scrutinio (czyli głosowań) jest bowiem jedną z większych w Pałacu.

Wystawa Anselma Kiefera. Wenecja, Palazzo Ducale
Nowe szaty Pałacu Dożów. Wystawa Anselma Kiefera.

Panele w odcieniach złota, czerni i popiołu wyglądają jakby zawsze zdobiły ściany pałacu, choć bardzo się różnią od scen bitewnych i portretów z sąsiednich pomieszczeń. Można tu wsiąknąć i na godzinę, ciesząc się oraz to nowymi odkryciami: kolejnym aniołem, niezauważoną wcześniej łodzią podwodną, tajemniczym łacińskim napisem. Sztuka i życie rodzą się z ruin, mówi Kiefer, a jego instalacja jest jak zaproszenie do podróży w czasie i przestrzeni.

 

Niezłą puentę tegorocznego Biennale znalazłam we wprowadzeniu do naszego narodowego pawilonu. Tytuł polskiej wystawy zainspirowany jest wydaną w 2018 roku księżką Silvii Federici Re-enchanting the World: Feminism and the Politics of the Commons. Jak piszą kuratorzy polskiej wystawy:

„Autorka proponuje w niej ponowne zaczarowanie świata jako sposób odzyskiwania idei wspólnoty oraz odbudowania relacji z innymi, w tym aktorami nie-ludzkimi: zwierzętami, roślinami, wodą czy górami. Ten nieprzemocowy proces, w którym istotną rolę ogrywają kobiety, odmienia obecne niepomyślne losy świata, zdejmując z niego zły czar i urok.”

Nierealne, romantyczne, naiwne? Mam jednak przekonanie, że świat zmieniają nie tylko wojownicy i zdobywcy, ale także wizjonerzy. Zgadzam się też w pełni z tym, co przeczytałam w jednej z recenzji Biennale w Tygodniku Powszechnym: tegoroczna wystawa udowadnia, że sztuka może jednocześnie poruszać widza i dawać mu przyjemność.

Lorenzo Quin, Baby 3.0 /ogród Palazzo Correr
Druciany niemowlak lub symbol powtórnych narodzin. Lorenzo Quin, Baby 3.0 /ogród Palazzo Correr
 

A teraz z innej beczki, czyli garść podróżniczych porad.


• Tegoroczne Biennale można oglądać do 27 listopada.


• Wystawa nieczynna jest w poniedziałki (poza 31 października i 21 listopada).


• Bilety najlepiej kupić on-line, na labiennale.vivaticket.it


Bilet jednorazowy za 25 euro zapewnia jedno wejście do Arsenale i jedno do Giardini. Do każdego z tych miejsc można wejść w różnych dniach, np. do Giardini w niedzielę, a do Arsenale we wtorek.


• Jeśli jesteście w Wenecji na dłużej, warto rozważyć bilet trzydniowy za 25 euro, ważny przez kolejne trzy dni. Można wtedy wchodzić na wszystkie wystawy ile razy się chce. Dni, w których wystawa jest zamknięta, nie są wliczane. Nic zatem nie tracicie na poniedziałkowych zamknięciach, pod warunkiem, że spędzacie w Wenecji więcej czasu niż przedłużony weekend.


• Wstęp na wystawy towarzyszące w wielu przypadkach jest wolny.


• Jeśli nie mieszkacie w Castello lub San Marco, tylko w dalej położonych dzielnicach, warto zainwestować w bilety na vaporetto (jedno, dwu lub trzydniowe). W takim wypadku może się Wam przydać aplikacja AVM Venezia Official App. Użytkownicy psioczą na nią straszliwie, bo jest raczej nieintuicyjna, ale zawiera przynajmniej dokładne rozkłady jazdy wodnych tramwajów. Nie udało mi się też znaleźć godziwego zastępstwa tej aplikacji.


0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Innowator