• Katarzyna Stachowicz

Skąd się wzięli turyści?

Zaktualizowano: mar 18

Od kiedy ludzie zaczęli się przemieszczać nie w ucieczce przed konfliktami, nie po jedwabie i przyprawy, nie w celu zdobycia bogactw, terytoriów i niewolników, ale dla czystej przyjemności poznania czegoś nowego?


Miał chyba z dziesięć pięter i wpływając do portu w Wenecji przesłonił pół miasta. Szczerze mówiąc, budził grozę. Jeszcze tego samego wieczoru, z ciekawości, zajrzałam do Internetu i przeczytałam, że ten konkretny statek ma prawie trzysta metrów długości. Na pokładzie jest teatr, kino 4D, zajmująca sześć tysięcy metrów kwadratowych strefa Spa, kilkanaście restauracji, uliczka ze sklepami i kasyno. Na pokład może zabrać ponad dwa tysiące dwustu pasażerów, którymi opiekuje się tysiąc osób załogi. Takich pływających miasteczek krąży po świecie kilkaset - choć teraz pewnie sporo mniej. Zastanawiam się, czy pandemia zaszkodzi im na dłużej. Brytyjskie gazety, które czytuję, co tydzień publikują specjalne dodatki poświęcone wyłącznie reklamom rejsów.

Statek wycieczkowy, Wenecja, 2019

Patrząc na wielki wycieczkowiec zastanawiałam się skąd się wziął. I nie chodziło mi o konkretną stocznię, ale o samo zjawisko masowych podróży. Wszystkie źródła odsyłały do tego samego konceptu: Grand Tour. Określenia tego po raz pierwszy (według Oksfordzkiego Słownika Języka Angielskiego) użył francuski ksiądz, autor książki „Podróż do Włoch”, opublikowanej w 1670 roku w Paryżu. Wielebny Richard Lassels opisywał w niej zalety podróżowania: poszerza horyzonty, ułatwia nawiązywanie kontaktów towarzyskich, daje pojęcie o polityce, pozwala wyciągać umoralniające wnioski ze spotykających podróżnika przygód. Jeśli w ówczesnej epoce ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy warto podróżować, mógł sobie poczytać wydane w 1690 roku „Rozważania dotyczące rozumu ludzkiego” Johna Locke, w którym to dziele filozof tłumaczył, że nic tak nie pomaga w zdobywaniu wiedzy i mądrości, jak wystawianie się na doświadczenia. Kto chciał się rozwijać, powinien podróżować.


Oczywiście, pomysł kształcenia przez podróże miał nie tylko samych zwolenników. Przeciwnicy wysyłania młodzieży na Grand Tour narzekali, że wszyscy jeżdżą utartymi szlakami po te same atrakcje. Podejrzewali, że w niektórych przypadkach podróż niczego nie uczy, lecz utwierdza w powziętych wcześniej przekonaniach - o kochliwości Włochów, dworności Francuzów i wyniosłości Hiszpanów, o wyższości dynamicznej Północy nad sennym Południem. Tak jak dzisiaj można wyjechać na koniec świata i przez dwa tygodnie nie wstawać z leżaka, tak trzysta lat temu zamiast zwiedzać i zgłębiać antyczne tradycje można było spędzić czas na romansach i hazardzie. W końcu co kto lubi.


Młodzi, bogaci, wykształceni


Dzisiaj bliższą lub dalszą wyprawę zaplanować może prawie każdy mieszkaniec zachodniego świata. W siedemnastym i osiemnastym wieku na trwającą od kilku miesięcy do kilku lat podróż mogli sobie pozwolić tylko ludzie zamożni. A konkretnie - młodzi mężczyźni pochodzący z rodzin arystokratycznych i szlacheckich lub z bogatego mieszczaństwa. Zdążyli już zdobyć klasyczne wykształcenie, mówili po francusku (który pełnił funkcję lingua franca, tak jak dzisiaj angielski) , a do ukończenia edukacji brakowało im tylko kontaktu ze sztuką. Ponieważ w tamtych czasach galerie i muzea dopiero zaczynały powstawać (1765 Uffizi, 1769-74 Muzea Watykańskie, 1793 Luwr), żeby obejrzeć dzieła sztuki, trzeba było wyjechać w objazd po zabytkach i prywatnych kolekcjach.


Szlaki przecierali Anglicy, ale w wielką podróż po Europie wyruszali też Francuzi, Niemcy, Duńczycy, Szwedzi, Holendrzy i Polacy. Grand Tour, podobnie jak współczesny Gap Year, pełnił rolę rytuału przejścia między młodością a wiekiem dojrzałym. Jestem przekonana, że pomysł, by po ukończeniu studiów powłóczyć się po pięknych miejscach, zanim na dobre osiądzie się z żoną i gromadką dzieci w rodzinnym majątku ziemskim wydawał się kuszący.

Obraz przypisywany Wiliamowi Heathowi (1795-1840), Dyliżans z Londonu do Windsoru, National Trust, Public domain, via Wikimedia Commons

Czym jechać?


Oczywiście, najcelniejsze argumenty Locke’a byłyby nic nie warte, gdyby równolegle do postępów filozofii nie następował rozwój brukarstwa. A że w XVII wieku zwiększyła się ilość dróg, po których dawało się jechać powozem, można było myśleć o przemieszczaniu się wygodniej niż pieszo czy wierzchem. Z pomocą podróżnym przyszedł też postęp „motoryzacji”. Już wtedy ceniono niemiecką myśl techniczną, w postaci powozu zwanego berlinką. Zaprojektowany ok. 1660 roku pojazd miał przedział dla podróżnych w kształcie litery U i ochronny daszek. Woźnica siedział z przodu, nad przednimi kołami. Dwadzieścia lat później pojawił się nowy uprzyjemniający życie wynalazek - szyby w oknach (do tamtego czasu podróżnych chroniły jedynie zasłonki).


Szyld, Rouen, Francja 2020

Podróże miedzy miastami w XVII i XVIII wieku odbywano przede wszystkim dyliżansami pocztowymi. Najdrożej kosztowały miejsca w zadaszonej kabinie, która mogła pomieścić do ośmiu osób. Siedzenia drugiej klasy oferowano w otwartym koszu z tyłu powozu. Najbiedniejsi musieli podróżować na dachu wśród pocztowych worków i bagaży, przeżywając zapewne chwile grozy na zakrętach. Młodzi ludzie odbywający Grand Tour, jeśli mieli do dyspozycji odpowiedni budżet, nie musieli się tłoczyć w dyliżansach, lecz wynajmowali sobie powóz zapewniający komfort i prywatność. Nawet jednak duże pieniądze nie były w stanie przyspieszyć podróży. Powozy miały moc czterech do ośmiu koni - nie mechanicznych, lecz pociągowych - wyciągały więc do osiemnastu kilometrów na godzinę. Nic więc dziwnego, że już pierwszy etap podróży, przejazd z Dover do Paryża, zabierał trzy dni (dziś to około pięciu godzin, wliczając nawet niewielki korek przy Eurotunelu).


Gdzie mieszkać?


Gospody oferujące posiłki i noclegi znane były już w czasach starożytnych. W średniowieczu popyt na tego typu usługi zwiększył się wraz z rosnącą liczbą pielgrzymów, więc od tego czasu podróżni mieli kilka opcji. Po pierwsze, mogli zatrzymać się w wynajętym pokoju, po drugie - skorzystać z pokojów oferowanych przez klasztory, po trzecie - wybrać nocleg w zajeździe. Tych ostatnich było coraz więcej, bo wraz z rozwojem poczty pojawiły się miejsca, w których powożący dyliżansami mogli odpocząć i zmienić konie. W czasach Grand Tour nie było jeszcze natomiast luksusowych hoteli, które pojawiały się dopiero na przełomie XIX i XX wieku (1854 Claridge’s i 1889 Savoy w Londynie, 1898 Ritz i 1909 Le Crillon w Paryżu). Podróżujący młodzieńcy wynajmowali więc kwatery, pokoje w oberżach lub zamieszkiwali u krewnych. Bywali też przekleństwem ambasadorów, którzy przez wiele tygodni użyczali lokum gościom z ojczyzny.

Dworzec w Antwerpii, 2020

Kiedy jechać?


Czy dzisiaj wybralibyśmy się w podróż do kraju ogarniętego wojną? No to przypomnijmy sobie, co się działo w Europie w XVII i XVIII wieku. Lata 1702-1713 to wojna o sukcesję hiszpańską, w 1730 roku pojawia się zagrożenie wojną we Włoszech, między 1756 a 1763 rokiem wojna siedmioletnia psuje relacje między Anglią a Francją. Dość trudno też wyobrazić sobie udaną podróż po ogarniętej wielką rewolucją Francji. Nawet jednak w przerwach między konfliktami podróżowanie bywało niebezpieczne: statek płynący przez La Manche mógł zatonąć, a przy drogach czyhali napadający na podróżnych bandyci.

Santa Maria della Salute, Wenecja 2019

Program podróży


Wyruszający w podróż siedemnastowieczni turyści mieli już do dyspozycji przewodniki, rozmówki, mapy turystyczne i tabele kursów walut. A plan przejazdu nie odbiegałby od współczesnej objazdówki po największych atrakcjach Europy:

  1. Wsiadamy na statek w Dover i płyniemy do belgijskiej Ostendy lub Calais czy Hawru we Francji. Tam kupujemy lub wynajmujemy powóz. Zatrudniamy też doświadczonego przewodnika i w zależności od budżetu, angażujemy osoby do obsługi (na przykład kucharza).

  2. W Paryżu zapisujemy się na lekcje francuskiego, szermierki i tańca, doskonalimy też umiejętności jeździeckie. Obracając się w eleganckim towarzystwie, podpatrujemy nowinki modowe i obserwujemy wytworne zwyczaje - będzie jak znalazł, jeśli planujemy posadę w rządzie lub dyplomacji. Zwiedzamy Luwr, ogrody Tuileries, Notre Dame i nową atrakcję: Panteon. Planujemy wizyty w operze. Część środków trzeba zarezerwować na hazard, bo gra w karty, bilard i wyścigi konne są ważnymi częściami życia towarzyskiego.

  3. Udajemy się do Szwajcarii, do Genewy lub Lozanny. Czeka nas przeprawa przez którąś z alpejskich przełęczy. Powóz trzeba będzie sprzedać lub rozmontować i przenieść. O tunelach pod górami nie śni się nawet prekursorom literatury science fiction. Jeśli nie czujemy się na siłach pokonywać przełęczy pieszo, można dać się przenieść służbie w lektyce.

  4. Spędzamy trochę czasu w Turynie i opcjonalnie w Mediolanie.

  5. Kilka miesięcy trzeba przewidzieć na pobyt we Florencji, gdzie na stałe rezyduje część angielskiej śmietanki towarzyskiej. Wycieczki fakultatywne do Pizy, Padwy, Mantui, Parmy i Bolonii.

  6. Przejazd do Wenecji. Celujemy, by zdążyć na karnawał.

  7. Zwiedzanie Rzymu, najlepiej w okolicach Wielkiego Tygodnia. Czas na podziwianie antycznych ruin, rzeźb, obrazów i architektury. Ważny punkt wycieczki: freski Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej.

  8. Opcjonalnie: wyprawa do Neapolu na studia muzyczne. Dla podróżujących od połowy XVIII wieku są dodatkowe atrakcje w postaci świeżo odkopanych Pompejów i Herkulanum. Dla tych, co w dobrej formie fizycznej: piesza wycieczka na Wezuwiusz. Dla najbardziej wytrwałych: podróż przedłużona o zwiedzanie południowych Włoch i Grecji.

  9. Powrót przez Alpy do Innsbrucka. Zwiedzanie Wiednia, Berlina i Poczdamu. Możliwość ukończenia wybranych kursów na uniwersytecie w Monachium lub Heidelbergu.

  10. Przejazd przez Holandię i Belgię do kanału La Manche, powrotny rejs do Anglii.

Giovanni Battista Piranesi, Fragment rzymskiego portalu, szkic, Public domain, via Wikimedia Commons

Co przywieźć?


Ilość, jakość, a nawet rozmiar przywożonych z podróży pamiątek zależały od finansowych możliwości. Wybór był duży: od książek i instrumentów naukowych, poprzez kolekcje monet i medali, po dzieła sztuki, niedostępne w ojczyźnie i podnoszące prestiż rodowej siedziby. Pamiątki zapełniały potem skromne witryny i kabinety lub wybudowane na tę okoliczność domowe galerie. Można było zamówić u lokalnych artystów ozdobioną miniaturą tabakierę lub obstalować pejzaż u „vedutisty”, czyli malarza pięknych widoków. W cenie byli Canaletto oraz jego bratanek Bernardo Bellotto oraz Giovanni Paolo Pannini malujący słynne ruiny, fontanny i kościoły. Angelika Kauffmann malowała na zamówienie portrety dam, Pompeo Battoni specjalizował się w uwiecznianiu angielskich dżentelmenów na tle rzymskich ruin. Dla tych, co na przykład zapomnieli się przy grze w wista i mieli okrojone środki, opcją były modne i nie bardzo drogie szkice Piranesiego przedstawiające antyczne ruiny.

Santa Maria della Salute, Myles Birket Foster, akwarela, ok 1850-82, V&A Museum, Londyn

Nietypowi podróżnicy


Mimowolnym turystą był Casanova. Tak bardzo podpadł weneckiej Inkwizycji jako karciany oszust, hazardzista, mason, astrolog, kabalista i bluźnierca, że wtrącono go na czas nieokreślony do więziennej celi na strychu Pałacu Dożów. Po ponad roku udało mu się uciec przez dziurę w dachu, w towarzystwie pewnego mnicha, towarzysza w niedoli. Zapisali się obaj w historii jako jedyni więźniowie, którym się udało z tego miejsca uciec. Ponieważ po ucieczce Casanova nie bardzo miał czego szukać w Wenecji, udał się na wygnanie. Jego podróż trwała 18 lat - jeden z badaczy życia Casanovy wyliczył, że słynny kochanek przejechał blisko 40 tysięcy mil, z czego większość pocztowym dyliżansem. Nie nudził się. Wzbogacił się odkrywając jak działa system loterii narodowej w Paryżu, oddawał się hazardowi w Londynie, spędzał czas w literackich salonach Genewy i domach publicznych w Rzymie, pojedynkował się w Warszawie. Spotkał się z Fryderykiem Wielkim w Prusach, z Wolterem w Szwajcarii i Katarzyną Drugą w Sankt Petersburgu. W 1774 roku uzyskał przebaczenie i wrócił do Wenecji. A jego przygody skłoniły niedawno Tony’ego Perrotteta do napisania książki „The Sinner’s Grand Tour: A Journey Through the Historical Underbelly of Europe”.


Podróż, którą państwo Mozartowie odbyli po Europie w czasach, kiedy Casanowa bawił się w najlepsze, nie była pewnie aż tak barwna. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że jej celem było pokazanie światu dwójki niezwykle muzykalnych dzieci: Marii Anny i Wolfganga Amadeusza (na początku podróży Amadeusz miał siedem lat, jego siostra – jedenaście). Plan był taki, by zaprezentować talenty dzieci na jak największej liczbie europejskich dworów w jak najkrótszym czasie. Rodzice zdawali sobie sprawę, że im młodsze dzieci, tym większe robią wrażenie na słuchaczach. Mali Mozartowie obwożeni byli przez rodziców na koncerty w Monachium, Frankfurcie, Brukseli aż do Paryża, gdzie rodzina spędziła prawie pół roku. Potem przez rok mieszkali w Londynie, gdzie Wolfgang Amadeusz skomponował swoje pierwsze symfonie. Po blisko trzech latach w podróży, zatrzymując się jeszcze raz w Paryżu i przejeżdżając przez Szwajcarię, Mozartowie wrócili do Salzburga w listopadzie 1776.

Most prowadzący do Mont Saint Michel, Francja, 2020

***

Jak bywa z każdym luksusem, Grand Tour stracił na uroku, kiedy przestał być elitarną rozrywką. W drugiej połowie XIX wieku pojawiły się pociągi i parostatki, a podróże stały się bezpieczniejsze, łatwiejsze i tańsze. Na wyprawę po Europie zaczęli wyruszać podróżni z mniej zasobnym portfelem, a nawet, o zgrozo, młode kobiety. Te ostatnie koniecznie w towarzystwie przyzwoitek - podróż taką opisał E. M. Forster w „Pokoju z widokiem”. Kiedy Thomas Cook jako pierwszy w historii zaproponował pakiety podróżne, zapewniając dojazd, zakwaterowanie i wyżywienie, do grona turystów zaczęli coraz liczniej dołączać przedstawiciele klasy średniej. A klasy wyższe zaczęły szukać nowych sposobów spędzania czasu, na przykład w ekskluzywnych enklawach na francuskiej Riwierze. Ale to już zupełnie inna historia.

32 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Remedium