• Katarzyna Stachowicz

O czym jest ten blog?

Aktualizacja: mar 18

Rok 2020 zabrał mi wiele rzeczy. Kawę z przyjaciółką, wystawę z mamą, spacer z ojcem, teatr z mężem, podróże z psem, przegląd obrazów Turnera, kilka przedstawień baletowych Akrama Khana, prosecco w Wenecji, śledzie w Amsterdamie, jagodzianki w Kozienicach, narty w Obergurgl. Pomyślałam sobie, że pora przestać tracić. Po latach doświadczeń w prasie postanowiłam zacząć pracować nad własnym projektem.


Mam zawsze spakowaną walizkę. Ciekawi mnie, co jest za rogiem ulicy, w dalszej części miasta, na Północy, za kanałem, na szczycie góry, na innym kontynencie. Jestem przekonana, że jedną z ważniejszych ludzkich cech, poza poczuciem humoru, jest otwartość umysłu. Wierzę, że nieznane i niezrozumiałe budzi nieufność. Dlatego im więcej poznajemy, tym mniej w nas lęku i tym więcej pojmujemy z otaczającego nas świata. Rozwój mediów, dzięki którym można na przykład publikować blogi, może czasem dawać odczucie, że wszędzie jest prawie tak samo: mieszkamy podobnie, jemy podobnie, słuchamy podobnej muzyki, śledzimy te same seriale, ubieramy się w tych samych sieciówkach. To wrażenie ograniczone jest jednak tylko do uprzywilejowanej, bogatej, zachodniej części świata i jest to wrażenie w dużej mierze nieprawdziwe. Dlatego bardzo lubię odnajdywać rzeczy charakterystyczne dla określonych miejsc. Niedobre kornwalijskie ciasteczka. Kolorowe berlińskie pociągi. Zaułki flandryjskich miast. Brytyjskie żywopłoty.

Uliczka w Rondzie, Hiszpania 2017

Mój blog nazwałam Grand Tour. Trochę się boję, że wprowadzi to w błąd zwolenników motoryzacji, gdy tymczasem z Jeremym Clarksonem i jego telewizyjną serią „Grand Tour” mam raczej mało wspólnego. No, może to, że przemieszczam się często samochodem. Kiedy jednak szukałam nazwy, która zawierałaby w sobie wszystko to, czym chciałabym się podzielić, określenie Grand Tour narzuciło się samo. Może dlatego, że mieści się w nim kilka ważnych dla mnie rzeczy: wiara w to, że podróże powinny kształcić, przekonanie o istnieniu kanonu dzieł sztuki, miejsc i idei, wspólnego dla współczesnych ludzi (tak jak istnieje kanon stu najważniejszych książek), lęk przed zastygnięciem w bezruchu i bezmyślności.


Przez wiele lat redagowałam teksty do kolorowych magazynów. Bardzo mnie cieszy możliwość tworzenia czegoś w rodzaju własnej gazety, choć to i wolność, i odpowiedzialność. Nie chciałabym w żadnym wypadku wchodzić w buty historyka, antropologa czy zawodowego znawcy sztuki. To, co opisuję na blogu wynika z mojego subiektywnego wyboru i jest rezultatem moich samodzielnych poszukiwań. W większości korzystam też ze zdjęć, które sama zrobiłam. Robię wyjątek w przypadku, kiedy potrzebuję zilustrować coś, czego nie mam we własnym archiwum albo kiedy moje zdjęcia mają niewystarczającą jakość.


Lubię mieć wrażenie, że dzięki podróżowaniu udało mi się cos poznać, zrozumieć. Mam manię utrwalania tego, co zobaczyłam, robię setki zdjęć i tony notatek. Trochę ze strachu, żeby nie zapomnieć o tych wszystkich wspaniałościach. Blog to dla mnie okazja uporządkowania tego, co już zdążyłam poznać, podzielenia się tym, co mnie zachwyciło, zarekomendowania miejsc i drobiazgów.


Będę pisać o rzeczach, na które warto zwrócić uwagę podróżując. Niezależnie od tego, czy zamierzamy spędzić weekend w Barcelonie, przemierzać Podlasie rowerem czy zrobić sobie wirtualną wycieczkę po muzeach nie ruszając się z kanapy. Od dwóch lat mieszkam w Wielkiej Brytanii. Ma to swoje niedogodności. Pomijając wątpliwe rozkosze „twardego lockdownu”, oznaczającego zamknięcie prawie wszystkiego na cztery spusty oraz specyficzny klimat, dzięki któremu w ciągu jednego dnia można doświadczyć czterech pór roku, mieszkanie na Wyspach jest jak zajęcie uprzywilejowanej pozycji startowej. Z Londynu blisko jest do niesamowitych zakątków Europy: można łatwo dojechać do Paryża i Amsterdamu, dolecieć do Madrytu i Florencji, popłynąć do Belgii czy do Irlandii. My najczęściej przemieszczamy się z psem, przez co nasz podróże bywają dość specyficzne. Jeździmy szlakiem przyjaznych psom hoteli, dzikich plaż, tras spacerowych i restauracji oferujących miskę dla czworonoga. Poruszamy się na linii Warszawa-Londyn dużo wolniej niż samolotem, ale i dużo ciekawiej. Każda podróż to pretekst do zobaczenia czegoś, co do tej pory znajdowało się poza wieloletnim wytartym szlakiem na południe Europy. W ten sposób zaczęliśmy odkrywać Flandrię, północną Francję i Niemcy.

Bayonne, lato 2020

Nie ukrywam, że zamierzam pisać przede wszystkim o tym, co lubię, bo to jest najprzyjemniejsze. Będzie więc o Paryżu i Brugii, gotyckich katedrach, Goyi i Rembrandcie, londyńskiej Galerii Narodowej, o tym, gdzie dobrze wypić kawę i gdzie wyszperać świetne książki. Uwielbiam muzea, księgarnie, katedry, dziwne kawiarnie, sklepiki ze szczotkami i targi z jedzeniem.

Ale napiszę również na pewno coś o tym, czego nie lubię. Czyli na przykład o flamandzkim malarstwie barokowym i o brutalistycznej architekturze. „Nie lubię” nie oznacza przecież, że nie chciałabym zrozumieć.

W trakcie przeglądania materiałów do bloga zdałam też sobie sprawę, jak dużo ciekawych historii i jak wiele niezwykłych dzieł związane jest z obecnością kobiet w sztuce. W ciągu ostatniego roku poznałam kilka niesamowitych kobiet artystek, o których nie słyszałam wcześniej wcale lub bardzo mało. Stawiam sobie za punkt honoru, żeby je tutaj opisać.


A zatem zabieram się do pracy, na deser zostawiając cytat z jednej z moich ulubionych książek o życiu – „Sztuki podróżowania” Alaina de Bottona:


„Spotkanie z pięknem wywołuje przemożny impuls przytrzymania go, zagarnięcia na własność i uczynienia istotnym elementem naszego życia. Pragniemy powiedzieć: „Byłem tu, widziałem to i stało się to dla mnie ważne.”

214 wyświetlenia6 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie