• Katarzyna Stachowicz

Murem za Ukrainą

Największa galeria street artu w Polsce wystawia ostatnio dzieła w dwóch dominujących kolorach. Jakich? To chyba oczywiste.


Na ten niezwykły happening trafiliśmy zupełnie przypadkowo, przemieszczając się po mieście. Poniżej krótka relacja - głównie obrazkowa.

Słoneczny dzień, sobota, 12 marca 2022. Od 8 rano trwa akcja Solidarni z Ukrainą. Na murze warszawskich Wyścigów Konnych maluje jednocześnie kilkadziesiąt osób. Obok toczy się zwykłe życie: przejeżdżają rowerzyści, przechodzą rodzice z wózkami, spacerują ludzie z psami, a jadące Puławską samochody zwalniają, by kierowcy i pasażerowie mieli możliwość zobaczyć, co się dzieje.

Nasze Wyścigi są sławne, a swoje prace „wystawiali” tu artyści z kilkudziesięciu krajów. Ale w ten akurat dzień słychać głównie polski i ukraiński.

Warszawski streetartowy wall of fame ma podobno półtora kilometra długości.

„Byłoby dobrze, żeby ludzie przestali nas uważać za wandali”, powiedział mi jeden z malujących na murze, 35-latek, ojciec dzieciom i właściciel dwóch restauracji. To jednak chyba nie stanie się prędko. Kiedy w Londynie Banksy pomalował jakiś czas temu fragment ściany w wagonie metra, obok zachwytów nie zabrakło też komentarzy na temat "niszczenia mienia".

Kolorystyka - wiadoma. Środki wyrazu - przeróżne. Tagi, portrety, inspiracje filmowe. By wyrazić, to, co czuje pewnie wiekszość z nas: złość i przerażenie, frustrację i strach, współczucie i nadzieję.

Zachwyciła mnie dziewczyna w różowej czapce malująca dziewczynę w wianku.


Trudno też odmówić sobie skojarzeń z Mordorem... Całą nadzieja, że Frodo już w drodze.


Na murze pojawił się tytuł zapomnianego dziś filmu, którym fascynowałam się jako bardzo młoda osoba.

Ujęła mnie też przypadkowa kompozycja żółto-niebiesko-biało-czerwona.

Nie zabrakło też niebieskiej Arki Noego (?)

... ani dwóch słów, które tak często ostatnio słyszymy (i już nie wiem ile razy wypowiadamy).


 

A teraz z innej beczki.

Nie jestem aż tak stara, by pamiętać mur warszawskich Wyścigów Konnych bez żadnych ozdób. Ale czy Wy też pamiętacie JIMA DLA ANI? To chyba pierwsze dzieło streetartowe, jakie dane mi było oglądać. Nie zdawałam sobie sprawy oczywiście, że patrzę na street art, a nie po prostu zwykły rysunek na murze. (Nie wiedziałam też, że mówię prozą). Wiedziałam natomiast, że JIM jest wyjątkowy i oglądając go codziennie z okna trolejbusu (!), zastanawiałam się, jak fajna musi być ta Ania, skoro ktoś narysował ogromny portret Morrisona skomponowany misternie z liter układających się w informację, że to dla Ani.


Po Jimie jednym i drugim czas zatarł ślady. Ale mur Wyścigów Konnych - jak to mur - okazał się raczej trwały. A wraz z nim moja ulubiona galeria sztuki alternatywnej: mimo kilku remontów oraz dość nieprzyjemnej próby zmienienia jej w przestrzeń reklamową, nadal jak widać ma się nieźle.


Wszystkie zdjęcia do tego postu zrobiliśmy z M. w sobotę 12 marca 2022.
0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie